Rodzice od dzieciństwa wbijali Bożce do głowy, że z mężczyzną wszystko ma się zacząć po ślubie. Nawet spacery i trzymanie się za rękę.
Matka Bożydary po trzydziestce złożyła śluby czystości. Kazała ojcu uklęknąć i przysiąc, że odtąd będą białym małżeństwem. Byli zaprzyjaźnieni, nigdy się nie kłócili, pewnie dlatego, że on zawsze podzielał jej opinie i nie sprzeciwiał się w niczym. Bożydara, nieduża, okrąglutka, z czarnymi oczyma, bardzo się chłopakom podobała, mogła kiwnąć palcem i każdy był jej. Kiedy ją odprowadzali do domu, przed furtką musieli się zmyć, żeby, Boże broń, matka ich nie spostrzegła.
– Na mężczyzn będziesz miała czas po ślubie – mówiła.
– Dobrze – zgadzała się Bożka – po ślubie.
– Słuchaj matki – dopowiadał ojciec – a zachowasz czystość.
Uczyła się nieźle i bez przeszkód skończyła liceum ekonomiczne. Staż odbyła w hotelowym dziale księgowości. Miła praca, z kawą i paprotką w oknie. Byli z niej zadowoleni, bo komputer miała w małym palcu i trochę znała angielski. Została.
W dwudziestym roku życia upatrzył ją sobie kelner z hotelowej restauracji i po kilku miesiącach – były w tym czasie tylko dwie randki – oświadczył się. Powiedziała mu, że ślub może być tylko kościelny.
– No i dobrze – odparł – teraz rozwód, jakby co, w kościele idzie jakoś załatwić. Ślub był skromny, na 40 osób. Grały organy, koleżanka z ładnym głosem zaśpiewała „Ave Maria”. Przyjęcie odbyło się w małej sali dla niepalących, a noc poślubna nad ranem w pokoju hotelowym, którego dyrekcja hotelu użyczyła pracownikom za darmo.
– Ty naprawdę jesteś nietknięta – powiedział ze zdziwieniem mąż Bożki. Mówiła mu wcześniej, ale jej nie uwierzył. – Jak ty się, dziewczyno, uchowałaś – powiedział po seksie, który jej się nie spodobał. – Ciarki mężczyznę przechodzą, kiedy patrzy, jak ty kręcisz biodrami, a ty dziewicą byłaś, dziwne. Zastanawiała się, czy go kocha. Chyba tak. Był przystojny, wysoki, z trochę cygańską urodą, z niebieskimi oczyma. Znał swój fach, więc każdego wieczora po pracy wyjmował z kieszeni napiwki i liczył. Ale pieniędzy jej nie dawał.
– Musimy zbierać na mieszkanie – mówił.
reklama
Z teściami nie chciał mieszkać. Postanowił tak od zdarzenia na przyjęciu weselnym. Teściowa z miejsca powiedziała, że spodziewa się po roku powitać wnuka. Wnuczki nie. I coś jej mówi, że boże plany sprowadzą na ziemię chłopca.
– Macie przygotowany pokój w naszym domu na górce – oświadczyła. – Będziecie tam mieszkać. A on wtedy, że tę noc spędzą w hotelu, tu też jest przygotowany dla nich pokój.
Wtedy podniosła się i kiwnęła na córkę. Nie było ich dobre dwa kwadranse. Kiedy wróciły, Bożka powiedziała mężowi, że matka kazała się zaprowadzić do tego pokoju i obszukała dokładnie łóżko. Chciała sprawdzić, czy zięć nie schował gdzieś prezerwatywy. Jeszcze tego wieczoru powiedział Bożce, że w hotelu stoi pusta pakamera. Na razie w hotelu trwa remont i stoją w niej klamoty malarzy. Ale potem będzie pusta. Zmieści się w niej łóżko i szafka. Na razie wystarczy. W pakamerze będą się codziennie po pracy spotykać, a potem niech ona idzie do mamy.
Codziennie uprawiali krótki seks, który się Bożce dalej nie podobał. W domu już od progu matka co jakiś czas pytała: „Jesteś w ciąży?”, tak jak matki pytają dzieci wracające ze szkoły, jak im dziś poszły lekcje.
– Nie jestem – mówiła Bożka. – Jeszcze nie.
– Gdybyś wzięła męża chrześcijanina, a nie jakiegoś Cygana – narzekała matka – Bóg by cię pobłogosławił.
– On jest chrześcijaninem – wyjaśniała Bożka.
– Widać nie za bardzo – mówiła matka. – Chodź, pomodlimy się przed kolacją. I Bożka posłuszna jak zawsze klękała z mamą.
Po kilku miesiącach mąż dostał wiadomość od znajomego, że w Holandii jest dla niego praca. Zostanie pomocnikiem kucharza, a jeśli dobrze się zaprezentuje, może zostać nawet kelnerem w ogródku letnim. Pakamera została zamknięta na klucz. Bożka biegła teraz z pracy prosto do domu, do sprzątania i pielenia marchwi w ogrodzie. Nie było w nim żadnych róż ani kwiatów. Babka matki pochodziła z Wileńszczyzny, a tam każdy centymetr ziemi był ważny, sadziło się warzywa i kartofle. „Kwiaty rosną na łące, mawiała babka, na chwałę Boga, przez niego samego posiane”. Babka przyjechała spod Wilna. W wagonie jechała z nimi koza. Na postojach wychodziła rwać mlecze dla kozy. A raz przyniosła ze sobą nie tylko mlecze, ale i ciążę. Ale poza tym jednym zdarzeniem w rodzinie wszystko było po bożemu.
Kiedy mąż Bożki wyjechał, kierownik sali w restauracji przycisnął ją w korytarzu do ściany. Niech przyjdzie do pakamery, on też ma od niej klucze, a nie pożałuje.
– Nie przyjdę, mam męża i chcę mieć z nim dziecko.
– Mąż raz jest, raz go nie ma – powiedział i roześmiał się.
Niedługo potem zdarzyło się nieszczęście. Ojciec Bożki umarł na zawał, stało się to nagle, w ciągu sekundy.
– To przez ciebie – powiedziała matka – to kara boża za to, że nie masz dzieci. On tam w niebie nie będzie miał spokoju, dopóki nie urodzisz syna.
Mąż zadzwonił, że jest dla Bożki praca. Ma się spakować i przyjechać.
– Jedź – powiedziała matka – żona musi słuchać męża, a poza tym tam, na miejscu będzie łatwiej o dziecko.
Mąż spotkał ją na przystanku autokaru i powiedział, że praca jest bardzo odpowiedzialna. Bożka właściwie będzie pielęgniarką. Opiekunką osób sparaliżowanych. Praca ciężka, ale bardzo dobrze płatna. I na pewno Bożka sobie znakomicie poradzi. Tyle, co ona zna angielskiego, w zupełności wystarczy.
– Za rok mamy pół wkładu na mieszkanie – mówił.
– Resztę weźmiemy na kredyt.
– A dziecko? – spytała Bożka.
– Będzie mieszkanie, to będzie i dziecko – obiecał mąż.
Ale dziecka wciąż nie było. Po roku powiedziała mężowi, że ma dość pracy i tęskni za mamą, i że chyba zarobiła już wystarczająco. A on, że w porządku, sam zostanie jeszcze miesiąc i też wraca. Odprowadził ją do autokaru. Matka tym razem nie spytała o ciążę. Dostała bardzo silnych bólów kręgosłupa. – Jak teraz będzie nosiła wnuczka? – martwiła się. Żadnych pytań o to, jak tam Bożce było w Holandii, gdzie pracowała, co robiła, jak się wiedzie jej mężowi. Tylko wnuk i wnuk.
Jakoś trzy tygodnie po tym, kiedy Bożka wróciła do Polski, komórka jej męża przestała odpowiadać. Po kilku dniach zatelefonowała do restauracji i zapytała o niego. Serce waliło jej jak oszalałe. Może jest chory, może coś się złego stało.
– Ten Polak już u nas nie pracuje – powiedział właściciel knajpy. – Wyjechał na Kanary, nie zostawił adresu. Powiedział, że do Polski już nie wróci, bo chce tam rozkręcić mały biznesik. Poszła do toalety i zwymiotowała. Nie czuła niczego prócz zmęczenia.
W hotelowej restauracji odszukała kierownika sali. – Namyśliłam się – powiedziała. – Przyjdę do pakamery.
Od razu pierwszego dnia przyniósł jej złoty łańcuszek.
– Nie chcę – powiedziała. – Niech pan to da żonie. Matce groziła operacja kręgosłupa.
– Nie dam się pokroić – narzekała – dopóki nie będę miała wnuka. A jeśli nie będę miała, to czas umierać.
Bożka poszła do lekarza. Co z nią jest, że nie zachodzi w ciążę? Długie leczenie jej nie interesuje. Ma chorą matkę i chce sposobu, żeby zajść już, natychmiast.
Lekarz zapytał:
– Czy mąż albo partner zrobił stosowne badania? A ona, że nie ma męża ani partnera. – To jak to pani sobie wyobraża? Przypomniała sobie o koleżance z Holandii, która mówiła, że są takie kliniki. Bożka miała pieniądze, bo nie wszystko, co zarobiła, oddała mężowi. Trochę zostawiła sobie. Zaczęła szukać w internecie i w końcu znalazła to ogłoszenie. Udało jej się dotrzeć do tej kliniki, gdzie robili in vitro samotnym kobietom. Ale dopiero po roku prób zobaczyła na teście ciążowym dwie kreski. Nie powiedziała matce. Niepowodzenie mogło ją przecież zabić.
Nosiła luźne sukienki i długo niczego nie było po niej widać. To się stało nagle w pracy. Poczuła delikatne kopnięcie. Wyszła na balkon. W dole jeździły samochody i przewalał się tłum po chodnikach. Był początek wiosny. I nagle zalała ją fala czegoś ogromnego, ciepłego i szczęśliwego. Nigdy tego nie doznała, ani podczas pierwszej komunii, ani ślubu.
Zaczęła płakać, powiedziała szefowi, że musi dziś wyjątkowo wcześniej wrócić do domu. A jutro zostanie dłużej. Matka stała na ganku. Bożka miała wciąż w pamięci tę chwilę na tarasie, teraz mogła już jej o tym powiedzieć. Matka zaleje się łzami, obejmą się i będą płakały razem.
– Jestem w ciąży, mamo, będziesz miała wnuka – powiedziała bez tchu.
– Jak to, w ciąży? – spytała matka. – Przecież twój mąż jest za granicą!
– On nie wróci, zostawił mnie. To dziecko jest z in vitro. Zrobiłam to dla ciebie, mamo, żebyś nie chorowała, żebyś była wreszcie szczęśliwa.
Matka zbladła. Wyprostowała się, jakby nie bolał jej kręgosłup.
– Zabieraj swoje łachy i wynoś się z mojego domu. Nie jesteś już moją córką, tylko obcą dziwką. Won mi stąd, ale już!
Bożka poczuła zimno w całym ciele. Nie mogę upaść, pomyślała, bo będzie poronienie. Przypomniała sobie, co się stało na hotelowym balkonie. Dziecko znów mocno kopnęło.
– Ja też ci mam coś do powiedzenia. To jest dom mojego ojca i dziadka, który go zbudował. Jestem tu od urodzenia zameldowana. Ojciec zawsze mówił, że górka jest dla mnie. I tak będzie… Będę do domu wchodzić od podwórka, a ty od ulicy. Jeśli zmienisz zamki, wezwę policję. Jeśli będziesz mnie prześladować, wystąpię do sądu o eksmisję. Dom jest w połowie mój i wara ci od mojej własności.
Ogród też w połowie jest mój, więc zabieraj stamtąd swoje marchewki. Posadzę róże i bukszpany. W Holandii bardzo polubiłam kwiaty. Odepchnęła matkę. Weszła na piętro. Dom był niewielki, ale solidnie zbudowany. Trzeba wymalować ściany, wyrzucić stare graty i ubrania. Następnego dnia poszła do sądu.
– Chcę zmienić moje imię. Będę się nazywała Beata. Nienawidzę imienia Bożydara.
Barbara Pietkiewicz
dla zalogowanych użytkowników serwisu.