Rodzinna podróż dookoła świata


Ani jednej nocy nie spędzili w hotelu. W końcu od początku zamierzali podróżować jak najtaniej i jednocześnie być jak najbliżej ludzi. Dachu nad głową szukali na portalu couchsurfing.com, także w kościołach, najczęściej u salezjanów. Trochę po znajomości, bo mały Wojtek w toruńskim życiu jest uczniem Salezjańskiej Szkoły Podstawowej – ta informacja otworzyła Łopacińskim drzwi do niejednego kościoła.

Eliza, lubiąca komfortowe warunki, szybko przekonała się do noclegów w namiocie i do karimaty. Polami namiotowymi raczej się nie przejmowali – z powodzeniem można się rozbić na plaży Varadero, na szczycie wulkanu San Pedro w Gwatemali, na lodowcu Perito Moreno w Chile. Czasem tylko w obejściu pojawiali się niezapowiedziani goście, jak hiena w tanzańskim Parku Narodowym Serengeti, która pewnej nocy zaczaiła się niedaleko namiotu i zaczęło obłąkańczo... się śmiać. 

Gościli u dziesiątek osób. Poznawali, jak żyją, o której wstają do pracy, jak spędzają w różnych krajach czas wolny i co jedzą na kolację. – Wiemy, czym interesują się ludzie i jak wyglądają mieszkania na różnych kontynentach. Sto osiemdziesiąt cztery razy byliśmy gośćmi poznanych osób, a nie liczymy przecież zaproszeń bez noclegów, czyli na kolacje, obiady i śniadania. Gościliśmy w luksusowych domach z basenami, służbą i kilkoma sypialniami oraz w indiańskich szałasach, piliśmy herbatę w masajskiej chatce – wspominają Eliza i Wojciech na swoim prowadzonym w podróży blogu Łopacińskich Świat. 

reklama


Niezliczoną ilość razy robili coś wspólnie po raz pierwszy. W Boliwii skusili się na przejażdżkę rowerem carretera de la muerte – najniebezpieczniejszą drogą na świecie. Pierwszy raz tak dużo czasu spędzali w autobusach, że w końcu nauczyli się spać na siedząco. Pierwszy raz opierali się falom, surfując na desce w Nikaragui, pierwszy raz wspólnie nurkowali i głaskali płaszczkę. A także orzeźwiali się koktajlem z żaby i zaspokajali głód pieczoną świnką morską. W Valparaíso pierwszy raz karmili bezdomnych. I stanęli na środku i na końcu świata. W Panamie pierwszy raz przeżyli atak termitów, w Afryce zaś odwiedzili masajską wioskę. A w Luang Prabang, stolicy Laosu, o 5 rano, zgodnie z tradycją, częstowali buddyjskich mnichów jedzeniem.

Pierwszy raz w życiu tyle czasu spędzali wspólnie. Razem zorganizowali rodzinny projekt „Szkoła świata". Wyjeżdżając, wiedzieli, że będą korzystać z uprzejmości i pomocy innych. Postanowili się odwdzięczyć i dać coś od siebie. Nie kredki czy długopisy, lecz opowieści o Polsce, Toruniu, o naszych zwyczajach, kuchni, sławnych Polakach. Aplauz uczniów wzbudzał polonez tańczony przez Elizę i dużego Wojtka, zainteresowanie – przygody Bolka i Lolka, zdumienie – zdjęcia, na których widać śnieg. – To on tak wygląda? – dziwili się mali uczniowie. W 48 szkołach w 28 państwach zobaczyli – być może po raz pierwszy – jak wygląda Polska. 

Kryzysów w czasie podróży też trochę było. W rodzinie czwórki indywidualistów, z których każdy chce postawić na swoim, nie mogło się bez nich obejść. – Na początku często dochodziło do spięć. Wcześniej każdy z nas miał swoje życie, widywaliśmy się rano i wieczorem, a tu nagle 24 godziny ze sobą. Dzieci tłukły się non stop. Dochodziło do absurdów.

Kiedyś w autobusie mały Wojtek pożalił się: „Mamo, bo Łucja patrzy w moją szybę!". Musieliśmy znaleźć rozwiązanie – wspomina Eliza. – Każdego dnia siadaliśmy wieczorem i każdy miał powiedzieć, co mu się u reszty członków rodziny nie podoba, co chciałby zmienić. To nam pomogło. Lusia przyznała, że nie nadąża za nami, potrzebuje więcej odpoczynku. Mój mąż, jak to dyrektor – zorganizowany i oczekujący tego od innych – musiał trochę się wyluzować. Nie wszystko da się zaplanować. Docieraliśmy się przez miesiąc, potem było już dobrze. 

Podróż dla nich to nie tylko 114 tysięcy przejechanych kilometrów i stempelki w paszporcie. Sporo się dowiedzieli o sobie. – Nie wiedziałam, że moja córka potrafi być taka odpowiedzialna i zorganizowana. To ona po pewnym czasie planowała naszą podróż. Siadała przed komputerem i układała trasę: mamy zobaczyć to i to, a dojdziemy tam tak i tak. Przy okazji odkryłam, że Lusia jest też troskliwa i czuła na krzywdę ludzi i zwierząt. Po tej podróży, kiedy zobaczyła, jak bestialsko są czasem traktowane zwierzęta, została wegetarianką – opowiada Eliza. A duży Wojtek dodaje: – Kiedy wyjeżdżaliśmy, mój syn był jeszcze dzieckiem, a po powrocie mam przy sobie prawdziwego faceta, z którym zdobyłem Kilimandżaro i który mnie wspierał podczas niełatwego trekkingu. 

Łopacińscy są już w domu, w Toruniu. Duży Wojtek znalazł pracę, znów jako szef hotelu, tym razem w Krynicy-Zdroju. Dzieci wróciły do szkoły, a Eliza do pracy. Szybko jednak z niej zrezygnowała. – Cóż, nie jestem już w stanie siedzieć 8 godzin za biurkiem. Nie chcę dłużej żyć w jakimś Matriksie, wśród ludzi, którzy godzą się na życie w schemacie dom-praca. Teraz jeżdżę do szkół, opowiadam o naszej podróży, prowadzę szkolenia, piszę książkę. I znów marzę o rodzinnej wyprawie – na Antarktydę albo w głąb Amazonii. 

Ewa Pluta
fot.: archiwum prywatne bohaterów

 

Galeria zdjęć

W lewo
W prawo
Źródło: Wróżka nr 4/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka