Moja laleczka szmacianeczka


Szmacianki przychodzą z pomocą

Lalki przyszły do Doroty same i to wtedy, kiedy były jej naprawdę potrzebne. Jeszcze jako nastolatka męczyła mamę, żeby nauczyła ją szyć na maszynie. Nigdy nie przypuszczała jednak, że stanie się to jej zawodem. Wtedy przerabiała sobie kupione w secondhandzie ciuchy na coś modnego. Po liceum oboje z Maćkiem – są parą już 13 lat – zdawali na studia: on na ekonomiczne, ona na antropologię kultury.

– Uwielbiałam moje studia – wspomina Dorota. – Trafiłam akurat na czas, kiedy nasza profesor, Joanna Tokarska-Bakir, zbierała materiały do swojej głośnej książki „Legendy o krwi. Antropologia przesądu". Na praktykach studenckich chodziliśmy po wsiach w okolicach Sandomierza i rozmawialiśmy o słynnym obrazie, który wisi w tutejszej katedrze i przedstawia przerabianie chrześcijańskich dzieci na żydowską macę. Ale gdy kończyłam studia, niespodziewanie zmarł mój tata. I musiałam natychmiast zacząć zarabiać jakieś pieniądze, bo mama została sama z moją młodszą o osiem lat siostrą.

Dorota odłożyła na bok marzenia o antropologii. Poszła tam, gdzie można było szybko znaleźć zajęcie. Najpierw została ekspedientką, a potem dekoratorką wystaw w sieci sklepów odzieżowych. Praca była ciekawa, ale w ciągłych rozjazdach – urządzała okna wystawowe w centrach handlowych w całym kraju.

Ilekroć pracowała w Łodzi, odwiedzała z koleżankami sklepy z używaną odzieżą. Tam nadal są najlepsze lumpeksy w Polsce, za kilka złotych można upolować świetne rzeczy. Przywoziła ich całe worki: trochę dla siebie, mamy i siostry, trochę na zapas.

Kiedyś w jej sieciówce wymieniano manekiny we wszystkich sklepach. Z tradycyjnych na nowoczesne, gładkie i białe. – Te stare miały piękne peruki z kanekalonu, świetnie naśladującego naturalne włosy. Teraz szły na śmietnik – wspomina Dorota. – Zaczął się kryzys, cięcia etatów i kosztów, zleceń i wyjazdów było coraz więcej, pieniędzy coraz mniej. Straciłam tę pracę. Kiedy odchodziłam z firmy, zabrałam cały worek tych peruk, jeszcze nie bardzo wiedząc, co z nich zrobię.

reklama


Pierwsze lalki stworzyła trzy i pół roku temu dla znajomych w prezencie. Strzygła peruki, by jak najbardziej przypominały prawdziwe uczesania, wyszukiwała materiały identyczne ja te, z których uszyte były ulubione stroje znajomych. Usiłowała wtedy szyć ubrania na sprzedaż, przerabiała rzeczy przywiezione w worach z łódzkich lumpeksów. Lalki miały być tylko zabawą, odskocznią od pracy zarobkowej.

Szybko okazało się, że więcej osób chce kupować szmacianki niż ciuchy. Zamówienia zaczęły płynąć nie tylko od przyjaciół, ale też od zupełnie obcych osób. Kiedy ruszyła strona internetowa, przed Dniem Dziecka lub świętami Bożego Narodzenia Dorota miała tyle pracy, że musiała zatrudniać dodatkowe osoby. Pomaga jej mama i pani, która zawodowo szyje ubranka dla Barbie.

A uśmiech ma być radosny

Większość szmacianek sprzedaje przez internet. Ludzie przysyłają zdjęcie kogoś, komu chcą zrobić prezent i potem korespondencyjnie uzgadniają szczegóły.

– Nigdy nie biorę zaliczek – mówi Dorota. – Wysyłam klientom zdjęcie gotowej lalki, a gdy wpłacą pieniądze, wysyłam szmaciankę. Nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś nie chciał odebrać zamówionej. Jedyne poprawki, o jakie proszą klienci, to by miała bardziej radosny uśmiech. Nawet, gdy osoba na przysłanym zdjęciu była poważna czy nawet smutna. – Dorota się zamyśla. – Tak jakby chcieli, żeby lalka miała szczęśliwsze życie...

I zwykle nie tylko jej lalki mają szczęście w życiu, ale przynoszą je też swoim właścicielom. O tym Dorota dowiaduje się z listów. Każda lala ma metrykę z jej pracowni. Ich nowi właściciele traktują więc Dorotę trochę jak matkę, której po prostu należy się informacja, czy jej dziecko szczęśliwie dotarło do nowego domu. Przysyłają zdjęcia, opowiadają swoje historie.

Jedna pani bardzo dziękowała, bo lalka podobna do niej – prezent od przyjaciółki – zupełnie odmieniła jej życie. Wszystko zaczęło się dobrze układać, kłopoty skończyły się jak nożem uciął.

– A lalek Antonio – śmieje się Dorota – trafił do pewnej dziewczyny z pierścionkiem w swojej szmaciankowej łapce i poprosił ją o rękę. Napisała mi, że przyjęła jego oświadczyny i że teraz będą już razem do końca świata!

Ewa Warska
fot. materiały prasowe

Galeria zdjęć

W lewo
W prawo
Źródło: Wróżka nr 6/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka