Pomyłki na wagę złota

Żonine odkrycia

Wiele zależy też od spostrzegawczości i sprytu wynalazcy, dzięki którym nie przegapi właściwego zastosowania swojego wynalazku. XVII-wieczny alchemik z Hanoweru, Hennig Brand, potrzebował na to dobrych kilka dni. Ale też i jego badania były mocno skomplikowane, bo Brand – podobnie jak większość jego kolegów po fachu – próbował wyprodukować złoto. Tyle że postawił sobie ambitniejszy cel niż konkurenci – chciał je uzyskać nie z ołowiu, lecz z… moczu. W tym celu zgromadził kilkanaście beczek uryny (w charakterze „darczyńców” wystąpili żołnierze z pobliskich koszar). Całymi dniami ją destylował, a następnie odparował i podgrzewał – bez rezultatu. Załamany zamknął retorty i słoje z efektami swoich badań w piwnicy.

Frank Epperson wynalazł lody na patyku tylko dlatego, że był bałaganiarzemKiedy wrócił tam po tygodniu, stanął jak wryty. W komórce było jasno jak w dzień. Blask jednak nie pochodził ze złota, ale z naczyń wypełnionych proszkiem z uryny – świecąca substancja stawała w płomieniach po kontakcie z powietrzem. Alchemik nazwał ją fosforem (z greckiego „niosący światło”), jednak nie wiedział, do czego, poza czytaniem ksiąg po zmroku, jego wynalazek mógłby mu się przydać, więc przymuszony przez żonę Margaretę (a równocześnie też jedyną sponsorkę jego eksperymentów), sprzedał sekret produkcji fosforu. I choć przez ostatnie 400 lat alchemia zmieniła się w chemię, to do dziś naukowcy uzyskują fosfor z moczu.

O ile Margarecie Brand zawdzięczamy zapałki (fosfor znajduje się w ich łebkach), o tyle innej małżonce możemy podziękować za pokrycie naczyń kuchennych teflonem.

reklama

Ale do rzeczy. W 1938 roku amerykański naukowiec, dr Roy Plunkett, pracował nad wytworzeniem nowego rodzaju chłodziwa do lodówek. Uzyskany gaz zamknął w szczelnych pojemnikach i wsadził do zamrażarki. Gdy następnego dnia otworzył zawór kanistra, gaz nie wyleciał ze środka. Zaciekawiony naukowiec rozciął pojemnik na pół i odkrył biały nalot na ściankach. Okazało się, że substancja jest bardzo śliska i topi się w wysokiej temperaturze. Plunkett wynalazł teflon. Minęło jednak trochę czasu, nim trafił on pod strzechy.

Dopiero w 1954 roku francuski inżynier Marc Gregoire założył firmę Tefal i wprowadził na rynek kuchenne naczynia powleczone teflonem. Gregoire najpierw pokrył teflonem swoje błystki i żyłki wędkarskie, ponieważ nie chciał, żeby mu się plątały. Dopiero jego żona Colette zwróciła mu uwagę na to, że śliską substancją można zastosować w kuchni.

Chemiczne zrządzenia losu

XIX-wieczne lwy (i lwice) salonowe lubiły na przyjęciach poprawić sobie nastrój. Sięgano więc chętnie nie tylko po alkohol i narkotyki, ale również po eter i podtlenek azotu (czyli gaz rozweselający). Ten ostatni – co ciekawe – odkryto pół wieku wcześniej, lecz używano go wyłącznie w celach rozrywkowych. Około 1845 roku przypadkowe zastosowanie znalazł dla niego goszczący na jednym z takich spotkań młody lekarz, Horace Wells. Pewnego razu ktoś z towarzystwa wywrócił się i skaleczył w nogę. Mimo poważnego krwawienia delikwent, który wcześniej nawdychał się gazu rozweselającego, twierdził, że nie czuje bólu. Dało to Wellsowi do myślenia i przeprowadził eksperyment na własnym ciele: zaciągnął się podtlenkiem azotu, a następnie wyrwał ząb. Operacja była prawie bezbolesna, więc dentysta zaczął stosować gaz na pacjentach. Dziś Horace Wells uznawany jest za jednego z ojców współczesnej anestezjologii.

Angielski chemik William Perkin miał lepszy refleks. Ale to kwestia wieku, bo gdy w 1856 roku rozpoczynał swoje badania, miał 18 lat. Szukał sposobu produkcji leku na malarię, a konkretnie – sztucznej chininy. Tygodniami mieszał odpowiednie – jak mu się zdawało – związki, lecz efektem była tylko smoliście czarna substancja, o której można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była chininą. Perkin wziął się więc za czyszczenie sprzętu laboratoryjnego. Gdy dziwną smołę potraktował alkoholem, płyn stał się mocno fioletowy. Zainteresowało to chemika i podjął dalsze badania. Jeszcze tego samego roku opatentował swoje odkrycie – pierwszy syntetyczny barwnik, tzw. moweinę.

Perkin nie mógł wybrać sobie lepszego momentu na dokonanie swojego wynalazku: smoła węglowa (główne źródło nowego barwnika) była powszechnym odpadem w dobie rewolucji przemysłowej, którą w dużej mierze napędzała produkcja wyrobów włókienniczych. W przeciwieństwie do barwników naturalnych moweina była nieprzyzwoicie tania. A to skazało ją na sukces.

Cudowny błąd

Pomyłka w badaniach przytrafiła się również Wilsonowi Greatbatchowi, amerykańskiemu inżynierowi. W latach 50. XX wieku, na zlecenie zaprzyjaźnionych lekarzy, wykorzystując nowo dostępną technikę tranzystorową, skonstruował miniaturowe urządzenie, które miało rejestrować pracę serca. Gdy je składał, pomylił rezystory. Po uruchomieniu nic się nie nagrało, za to zaczęły się wydobywać regularne dźwięki doskonale imitujące bicie serca. W ten sposób powstał rozrusznik, który był tak mały, że można go było wszczepić. Po raz pierwszy zrobiono to zresztą już w 1958 roku, a Greatbatch potem jeszcze udoskonalił swój wynalazek, zaopatrując go w kolejne ze swoich odkryć, tzn. długowieczne baterie litowo-jonowe (tym razem wszystko przebiegło planowo).

– Przypadek pomaga tym, którzy są na niego przygotowani – mawiał Ludwik Pasteur. Jemu pomógł, bo nieuważny asystent zaszczepił kurczaki osłabionymi bakteriami cholery. Dzięki temu Pasteur zauważył, że ptaki stały się odporne na chorobę, i stworzył swoją szczepionkę. A owo „bycie gotowym” to po prostu intuicja. To dzięki niej, choć wielu ludzi ma w zasięgu ręki rozwiązanie problemu, sięgnąć po nie potrafi tylko wynalazca. Nawet jeśli jest nierozgarnięty, nie myje rąk albo – przypadkowo – próbuje wynaleźć coś zupełnie innego…


Stanisław Gieżyński
BE&W, Fotochannels, shutterstock

Źródło: Wróżka nr 4/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka