Strona 2 z 3
Gdyby Jan szanował ludzi, nie burzyłby granic Bogny, a więc nie rozmawiał o Kościele, skoro ona go o to prosi. Gdyby szanował jej „nie”, ona czasem pozwalałaby mu poruszyć ten temat, wiedząc, że nie zamieni się to w atak na nią. Oboje czuliby wtedy prawdziwą, niewymuszoną bliskość i akceptację – czyli miłość.
Bronić swojej części świata
Po wielu latach słuchania uwag, że źle zajmuje się mężem i dziećmi, że nie ma gustu, bo nawet te jej włosy i makijaż są nie do przyjęcia, Ela oznajmiła mężowi: Dość. Nie pojadę na imieniny do twojej rodziny. Adam poczuł się z tym bardzo źle. Nie wiedział, jak ma powiedzieć krewnym, że Eli nie będzie. Nawet nie przyszło mu do głowy, że powinien wyznać prawdę. Gotów był wymyślać coś o chorobie żony...
Zdrowa miłość wymaga dbałości, a czasem wysiłku. I rezygnacji z wygody. Nie da się zawsze mieć tylko korzyści z bycia razem. Jeśli nie lubię chodzić w odwiedziny do rodziny męża, ale wiem, że dla niego to ważne – robię to. Mogę, jeśli to mój wolny wybór. Ważne, żeby on wiedział, że idę tam dla niego. Jeśli boję się to powiedzieć, to znak, że między nami coś nie gra. Wtedy musimy pogadać, żeby zrozumieć, co się dzieje.
– Ela i Andrzej nie są zdrową parą – ocenia Krzysztof Wielgopolan. – Mogli pojechać i razem opowiedzieć o problemie, wspierając się nawzajem. Ale się bali. Był jej problem i jego problem, a nie ich wspólny. A przecież to, co ich zaczęło dzielić, mogło połączyć – dzięki rozmowie z rodziną i powiedzeniu jasno i otwarcie, że Eli należy się szacunek oraz akceptacja. I że to konieczne, jeśli chcą się z nimi nadal spotykać. To, jak rodzina traktuje Elę, obraża także Andrzeja.
reklama
Powinien zareagować – dlaczego tego nie robi, tylko stara się balansować między żoną a bliskimi, tak by nie doszło do konfrontacji? Zapewne dlatego, że sam nie czuł ich akceptacji. Obawia się, że nie wytrzyma krytyki. Boi się walki. Sam nie umie stawiać i bronić swoich granic, a co dopiero granic drugiej osoby. Ale jeżeli widzi konflikt żony ze swoją rodziną i nie reaguje, można przypuszczać, że nie traktuje poważnie swojego związku.
Jeśli Andrzej chce uzdrowić relacje z żoną, musi najpierw wzmocnić swoją wiarę w siebie i nauczyć się mówić „nie”. Wtedy będzie też potrafił bronić innych przed agresją złośliwców. Nauka stawiania granic zaczyna się od rozpoznawania, co nie należy do mnie: „to mnie nie interesuje, tego nie jem, tego nie lubię, tam nie chcę iść...”, a co jest moje i mnie określa – i tego warto bronić.
Nasze światy obok siebieMarcin nie ma gabinetu, ale ma swoje biurko. Anna często mu na nim sprząta i ustawia wszystko po swojemu. – Nie ruszaj moich rzeczy! – syczy Marcin przez zaciśnięte zęby. – Nie mieszkasz tu sam, a ja nie mogę patrzeć na ten bałagan – odpowiada hardo Anna. Wielokrotnie się o to kłócili, ale nawet nie próbowali dojść do porozumienia. Marcin zaczął więc przy każdej okazji uciekać z domu. To jeszcze bardziej zaniepokoiło Annę, wzmogła więc kontrolę jego rzeczy i czasu. Wciąż do niego wydzwaniała, dopytując się, gdzie jest i co robi.
Każdy potrzebuje osobistej strefy, nawet bardzo małej. Jeżeli mąż lub żona wkraczają w nią bez naszej zgody, czujemy się nieszanowani. I wypierani z domu – z miejsca, gdzie nie respektuje się naszej odrębności. Znajoma ostrzegała Annę: „On odejdzie od ciebie tam, gdzie będzie mógł bałaganić!”. Ale Anna wciąż wchodzi na teren Marcina. Dlaczego nie szanuje jego granic? Czy naprawdę chodzi tylko o to, że nie potrafi znieść nieporządku? A może odczuwa lęk, że jeśli Marcin zacznie stanowić o sobie, będzie mógł w każdej chwili odejść. By uzdrowić tę miłość, potrzeba pracy nad sobą, nad lękiem i złymi wzorami. Anna musi się przekonać, że inni ludzie budują swoje bycie razem na równych prawach, a nie na zniewoleniu. I że znajdują w tym więcej szczęścia.
Ile nie można z miłości Kiedy Janusz pytał Karolinę, gdzie chce jechać na wakacje, odpowiadała nieodmiennie, żeby sam zdecydował. Ona nie ma do tego głowy. A potem spędzała lato w górach, choć nie znosi, jak mówi, męczących zabaw w kozicę. Mieszkanie też wynajęli na ostatnim piętrze, bo on chciał wysoko, a ona mu nie powiedziała, że boi się windy, „bo to głupie”. Gdy przestało im starczać do pierwszego, wzięła urlop dziekański i poszła do pracy, żeby on mógł obronić dyplom. Przekonała go, że przerwa dobrze jej zrobi, bo straciła impet, i musi odpocząć od książek.
Uwierzył. A ona, sama w parku, poryczała się skulona na ławce, że ostatni rok spędzi z obcymi ludźmi, a jej przyjaciele będę bronić się bez niej. Ale za to – pocieszała się – mama byłaby z niej dumna, że potrafi zrezygnować z siebie. I tylko przyjaciółka jej przygadała: „Jesteś dziewczyną od sprawiania przyjemności czy Karoliną?!”. Karolina uśmiechnęła się wtedy i pomyślała: I kto to mówi? Iwonka, wieczna singielka? Ona nie wie – bo skąd – że o miłość trzeba dbać, że miłość wymaga wyrzeczeń.
dla zalogowanych użytkowników serwisu.