Strona 2 z 2
– Żaden Argentyńczyk nigdy nie zatańczy tanga „Adios Muchachos” – tłumaczył mi Jorge Alvarez, współwłaściciel kawiarenki w jednym z zaułków starej dzielnicy La Boca w Buenos Aires. – Posłuchać, owszem, posłucha, zaśpiewać zaśpiewa, ale nigdy nie wyjdzie przy nim na parkiet.
„Adios Muchachos”, czyli „Żegnajcie, chłopcy”, to ostatnia piosenka, jaką zaśpiewał wybitny argentyński kompozytor, Carlos Gardel. Miał wtedy 45 lat. Zaśpiewał, spakował gitarę, pożegnał się z kolegami, wsiadł do samolotu i zginął w katastrofie lotniczej. Od tego czasu wszyscy wierzą, że zatańczenie przy tym utworze przyniesie pecha albo nieszczęście.
Tango jest rówieśnikiem samby. W Buenos, stolicy Argentyny, króluje ono od ponad stu lat. W La Boca, w klubach i na placach, między kamienicami pomalowanymi na wszelkie możliwe kolory, swoje umiejętności prezentują mistrzowie. Prawdziwego tanga, tego, które narodziło się w biednych dzielnicach portowej metropolii, nie można nauczyć się na żadnym kursie. Trzeba je po prostu czuć, gdyż tylko w uproszczonej wersji dla Europejczyków dokładnie określono kroki i figury. W prawdziwym partnerzy improwizują; nie tańczą tego, co gra orkiestra, lecz to, co zagra im w duszy. I choć nie odzywają się do siebie nawet słowem, doskonale wiedzą, czy łączy ich coś więcej niż taniec.
– Patrz, co się będzie działo – nagle szepnął mi do ucha Jorge Alvarez. – Nazywamy to cabeceo. Tego słowa nie da się przetłumaczyć na polski. Oznacza rozmowę bez słów, która zastępuje zaproszenie do tańca, a z której postronny obserwator niewiele zrozumie. Zastygnąwszy w bezruchu, mężczyzna patrzy w stronę wybranki. Ona siedzi przy stoliku, czasem na drugim końcu lokalu, jednak zawsze wyczuje na sobie jego wzrok.
reklama
Może odwrócić głowę albo odwzajemnić spojrzenie. Oboje zachowują kamienne twarze: nie ma mowy o uśmiechu czy choćby ruchu głową. Mimo to przez dzielącą ich przestrzeń lecą niewidzialne iskry. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że tylko ja to widzę. Ale moment później przemówił stojący obok turysta, jak się okazało po akcencie, z Kanady: – To zupełnie inne tango niż to, które tańczymy my. Czujesz?
Patrzyliśmy obaj jak zahipnotyzowani, jak kobieta odwzajemnia spojrzenie. Wtedy mężczyzna, nie spuszczając z niej wzroku, powoli podchodzi do stolika. Wykonuje energiczny ruch ramieniem i wskazuje w stronę parkietu. Ale nawet wtedy nie pozwala sobie na dotknięcie partnerki. Z wyciągniętą ręką, jakby osłaniając wybrankę przed potencjalnym niebezpieczeństwem, jakie może jej grozić w tancbudzie, prowadzi ją na środek sali. I dopiero tam podaje jej lewą dłoń. Pantomima cabeceo również ma magiczne korzenie. A jeden fałszywy gest, podobnie jak w indyjskich i tajlandzkich tańcach rytualnych, może spowodować nieszczęście.
Nigdy nie zapomnę dyskusji, jaką kiedyś w Burkina Faso prowadziłem z żoną tamtejszego szamana. Kobieta usilnie przekonywała mnie, że jej mąż wykonuje najbardziej odpowiedzialną pracę świata. Że wystarczy jeden niewłaściwy ruch lub gest, by zamiast deszczu sprowadził na swoich współplemieńców plagę szarańczy, zaostrzył chorobę, zamiast ją uleczyć, albo zamiast przebłagać duchy, rozgniewał je jeszcze bardziej.
Uprzejmie potakiwałem, bo żyjący na wypalonej słońcem afrykańskiej równinie ludzie mogą liczyć tylko na siebie. Nie mają elektryczności, opieki medycznej, szkoły. Gdy spadnie na nich nieszczęście, to albo zginą, albo przetrwają dzięki sile, jaką daje im wiara. Teraz nagle okazało się, że to działa również w mocno zeuropeizowanym Buenos. Podobnych przesądów jest mnóstwo. Jorge tłumaczył, że nazwisk niektórych mistrzów tanga nie wolno głośno wymawiać, inne zaś trzeba wielokrotnie powtarzać, by na parkiecie uchronić się przed złymi mocami i zapewnić sobie przychylność dobrych.
Migowy język tańca W kolorowych jak baśnie filmowych przebojach gwiazdy Bollywoodu tańczą na potęgę. W ten sposób postaci nie tylko wyrażają swoje uczucia, ale też – podobnie jak bogowie – potrafią ruchem opowiadać całe historie. Hinduskich tańców rytualnych nie tańczy się ani dla przyjemności, ani żeby osiągnąć wyżyny ducha, ale by opowiedzieć starożytne mity. Niegdyś wykonywały je wyłącznie w świątyniach kapłanki nazywane
dewadasi.
Tradycja głosi, że nauczyli je tego bogowie Siwa i Brahma. Dlatego do dziś w Indiach, a także krajach, do których dotarła hinduska kultura i religia – Kambodży, Tajlandii, Indonezji – obrzędowe tańce wykonują kobiety. Ubrane w piękne stroje, przy akompaniamencie nastrojowej muzyki, nie wypowiadając ani jednego słowa, snują wielogodzinne opowieści. Liczą się każdy gest i ruch, ułożenie kończyn i palców, mimika twarzy. Trzeba lat, by opanować tę sztukę. Bo każda poza, jaką przybiera tancerka, to inne słowo w języku ciała.
Według hinduskich wierzeń taniec pomaga duszy uwolnić się od materialnej ułudy i wyrwać z koła kolejnych wcieleń. – A carnevale ogni vale, czyli w karnawale wszystko dozwolone – odpowiedziała mi dziewczyna podczas karnawałowej parady w Weronie, gdy zapytałem ją, dlaczego co chwila unosi koszulę i pokazuje piersi. Zapewne nie zdawała sobie sprawy, że już sto lat wcześniej taki sam gest wykonywały w amerykańskim Nowym Orleanie pracownice domów publicznych na widok przebierańców. Ale ani one, ani moja lubieżna Julia z Werony nie miały racji – nawet w karnawale nie wszystko jest dozwolone.
Choć wolno dużo więcej niż w zwykłe dni. Można na przykład obrzucać obelgami i mąką, a nawet palić kukły znienawidzonych polityków. Albo, jak we włoskim miasteczku Ivrea, toczyć na ulicach wojnę, w której zamiast pocisków używa się pomarańczy. A jeśli i to nam się nie spodoba, możemy przebalować karnawał na Wyspach Kanaryjskich, ale – uwaga! – wiąże się to z udawaniem prostytutki dowolnej płci i noszeniem sztucznego biustu lub zarostu.
Kazimierz Pytko
fot. Autor, Getty Images/Fpm
dla zalogowanych użytkowników serwisu.