Filet z niczego

Spośród 1,6 mln gatunków owadów jadalne są „tylko” 1462. Niektóre uchodzą nawet za przysmaki, jak: balijskie ważki zaparzone najpierw z imbirem i czosnkiem, a potem gotowane w mleku kokosowym, japońskie smażone osy czy sauté duże, białe larwy australijskich ciem, które bardzo sobie cenią Aborygeni. Owady jada się w ponad 80 proc. krajów świata, a reszta, czyli Europa, Stany Zjednoczone i Kanada, będzie musiała do nich dołączyć. Bo stawka jest poważna.

– W tej chwili na każdego człowieka przypada 40 ton owadów, czyli mniej więcej 4-5 słoni afrykańskich – mówi Morgaine Gaye, z zawodu (cokolwiek to znaczy) futurolog żywienia. I choć wydaje nam się, że wolelibyśmy umrzeć, niż przełykać robala, to tak naprawdę już je jemy. Jak sprawdzili naukowcy, w 100 g czekolady jest około 60 fragmentów różnych owadów (trafiają do tego smakołyku przypadkiem podczas mielenia ziarna).

Bogate w białka, o niskiej zawartości tłuszczu i cholesterolu, by się rozwijać, potrzebują bardzo mało wody i niewiele przestrzeni (nie są wybredne – wystarczą im odpady). Prawie nie emitują niczego do atmosfery – na kilogram przyrostu masy ciała tylko 1,5 g gazów. Dla porównania: kiedy krowie przybywa jeden kilogram, do atmosfery trafia 3 kg gazów. Niestety to, co dobre dla środowiska, niekoniecznie jest w smak naszym podniebieniom. I to tak bardzo, że Unia Europejska wyznaczyła dotację w wysokości 3 mln euro dla państw, które zdecydują się promować owadzią kuchnię.

Wbrew pozorom jedzenie owadów ma w Europie długą tradycjęRobaczywa Europa

Wbrew pozorom jedzenie owadów ma w Europie długą i zacną tradycję. Rzymski kronikarz Pliniusz wspominał, że arystokracja zwykła larwy żuków popijać winem. Grecki filozof Arystoteles z kolei w swoich pismach pouczał, kiedy i jak znaleźć najdorodniejsze larwy cykad.

Amerykanie wzorem Japonii stawiają na glony. Początkowo testowane jako pożywienie dla kosmonautów na stacjach kosmicznych, powoli zadomawia się w menu za oceanem. Na razie jako surówka – zawierają dużo białka i tylko patrzeć, jak glony zepchną z talerzy kotlety.

Diabelskie sztuczki

Lichy hamburger z próbówki, sznycel z szarańczy, glony à la tofu – w czasach kultu smacznej i wyrafinowanej kuchni propozycje naukowców nie wyglądają zbyt apetycznie. O niebo lepiej prezentują się odkrycia speców od modyfikacji genetycznych i nanotechnologów. To prawdziwe magiczne sztuczki.

reklama

Ot, choćby malinowy pomidor z „wmontowanym” genem bazylii cytrynowej… Smakuje jak… No właśnie, nie wiadomo. Pachnące szarlatanerią eksperymenty budzą wątpliwości zwykłych konsumentów: czy aby nie zaszkodzą naszemu DNA? Dlatego też modyfikacjom genetycznym poddaje się na razie wyłącznie rośliny, z których robi się paszę dla zwierząt oraz kukurydzę, soję i buraki. Nie szprycuje się nimi ludzi. Ale to się może zmienić, bo – jak w książce „Taste of Future” („Jedzenie przyszłości”) pisze Josh Schonwald – trwają prace nad zdrowym dla serca olejem sojowym (będzie zawierał o 20 proc. mniej tłuszczów nasyconych), wzbogacaniem soi kwasami omega-3 czy zwiększaniem wartości odżywczych ziemniaków i manioku.

Równie kontrowersyjna jest technologia „zaprawiania” jedzenia nanocząstkami (nanometr to jedna miliardowa część metra). Tym bardziej że badacze w ten sposób zmieniają smak i konsystencję żywności i leków, tworząc takie „wynalazki” jak truskawkowe mleko antygrypowe. Albo ciasteczka z czekoladą w nanocząsteczkach (są one tak małe, że dają smak, a nie tuczą). Nanotechnologia i inżynieria genetyczna wciąż jednak pozostawiają wiele pytań bez odpowiedzi.

Dziś mało kto wierzy, że to one zapełnią brzuchy 9 mld ludzi, którzy za 27 lat będą zamieszkiwać naszą planetę. Powiada się, że o smaku, tak jak o gustach, nie powinno się dyskutować. Teraz jest po temu ostatnia chwila. Inaczej nasze wnuki będą musiały zadowolić się robakami lub innym jadłem Frankensteina.


Hubert Musia
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 1/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka