Strona 2 z 2
Nie tylko lektura Biblii skłaniała chrześcijan do wypatrywania końca świata. Równie skuteczne w wywoływaniu katastroficznych nastrojów były okrągłe daty. Wszyscy pamiętamy histerię roku 2000 – miał nam wtedy grozić totalny rozpad systemu informatycznego i wielki chaos ekonomiczny – możemy więc sobie wyobrazić, co się działo tysiąc lat wcześniej. Kiedy 31 grudnia 999 roku nic specjalnego się nie stało, lud w Rzymie wpadł w taką euforię, że bawił się do białego rana. I tak narodziła się tradycja hucznego obchodzenia sylwestra – od imienia panującego wówczas papieża Sylwestra II.
Ale już w 1033 (w wieku 33 lat Chrystus został ukrzyżowany) z powodu nieurodzajów i powszechnego głodu cała Europa znów zaczęła wypatrywać oznak końca. Jej gościńce zaroiły się od kaznodziejów głoszących nadejście antychrysta i ostateczną z nim walkę. Najsłynniejszy z nich, Wincenty Ferreriusz, zyskał przydomek „Anioła Apokalipsy”.
Sąd Ostateczny na całe wieki stał się wtedy motywem w malarstwie religijnym. W 1499 roku Luca Signorelli pokrywa ściany katedry w Orvietto we Włoszech Dziejami Antychrysta, Potępionymi, Błogosławionymi i Koronacją Wybranych. W scenie Zmartwychwstania Ciał na Sąd Ostateczny kościotrupy obudzone przez dmące w trąby anioły wyskakują z ziemi, przyoblekają się w ciała i albo porywane są przez demony w otchłań piekielną, albo maszerują prosto do nieba. Takie było ówczesne wyobrażenie końca świata i przetrwało ono właściwie do dziś.
Głosili go nawet ci, których kojarzymy z postępem, nauką, odkryciami geograficznymi. Krzysztof Kolumb, żeglarz, podróżnik i nawigator, który odkrył Amerykę dla Europejczyków, w uniesieniu mistycznym przepowiedział koniec świata na rok 1656 (sam zmarł w 1506). Izaak Newton, angielski matematyk, fizyk i astronom, obliczył go z kolei na 2060 rok. Dzień Sądu wygląda podobnie w trzech głównych religiach monoteistycznych. Mesjasz w Judaizmie będzie musiał walczyć z armią Goga i Magoga. Ostateczna bitwa z siłami szatana ma zakończyć też obecny świat muzułmanów.
Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć, wszystko, czego lękała się ludzkość, miało wrócić przed Sądem Ostatecznym jako Czterej Jeźdźcy Apokalipsy. Tu na rycinie Albrechta Dürera.
reklama
Naukowe przepowiednieNaprawdę jednak zaczęliśmy się bać końca świata, kiedy zatriumfowała nauka i rozum. Dopiero w XX w. naukowcy uświadomili nam, jak nietrwała i narażona na niebezpieczeństwa jest nasza maleńka, zawieszona w nieskończonym wszechświecie planeta. Już nie Dzień Sądu, ale całkiem realne zagrożenia podgrzewają katastroficzne nastroje. Czego się bać? Lista tworzona przez naukę stale się wydłuża. W ziemię mogą uderzyć planetoida lub kometa o średnicy powyżej 10 kilometrów – jak ta, która doprowadziła do wyginięcia dinozaurów. Gdyby taki obiekt znalazł się na orbicie ziemi, właściwe nic nie moglibyśmy zrobić. A gdyby leciał od strony słońca, zobaczylibyśmy go dopiero na dzień przed uderzeniem. Na tych, którzy cudem przeżyliby tę katastrofę, czekałaby śmierć z głodu, zimna i ciemności.
Niebezpieczne dla życia na ziemi są też odkryte niedawno rozbłyski gamma, najpotężniejsze eksplozje we wszechświecie, a także czarne dziury zdolne do pochłonięcia każdej materii. A to tylko kosmos. Gorsze jest to, co czyha na nas tu, na ziemi. Stale powiększające się arsenały broni jądrowej, superwulkany, których naukowcy doliczyli się już dwunastu, a które ani razu nie wybuchły w czasach historycznych, więc nie znamy ich mocy. Do tego jeszcze pandemie grypy czy innych chorób, wielkie tsunami, efekt cieplarniany, zmiany klimatyczne, a nawet przeludnienie. Obecnie na świecie żyje 6,5 miliarda ludzi, a w 2050 ma być nas 9 miliardów i zrobi się naprawdę tłoczno.
Dramatyczny los czeka też naszych braci mniejszych. Niedawno biolog Edward Narvard O. Wilson ogłosił, że przy obecnym tempie do roku 2100 wyginie połowa gatunków zwierząt i roślin. Każde z tych zagrożeń stało się już tematem hollywoodzkiej produkcji, możemy więc zobaczyć, jak z grubsza będzie wyglądał koniec naszego świata wywołany wojną jądrową („Ostatni brzeg”, „Nazajutrz”), ociepleniem klimatu („Wodny świat”), ochłodzeniem klimatu („Pojutrze”), uderzeniem asteroid („Armageddon”, „Melancholia”) przebiegunowaniem i trzęsieniami Ziemi („2012”) czy pandemią wywołaną przez wirusa z tajnych laboratoriów („Ostatni człowiek na Ziemi”, „12 małp”, „Jestem legendą”).
Chybione wizjeJedyna nadzieja w tym, że dzisiejsze prognozy naukowe będą tak samo chybione jak przepowiednie Williama Millera czy Harolda Campinga. Na szczęście już te z lat 70. i 80. życie skutecznie zweryfikowało. Guru ekologów Paul Ehrlich w 1968 r. wieszczył: „Bitwa o wyżywienie ludzkości już jest przegrana. W latach 70. setki milionów ludzi będą marły z głodu”. Jimmy Carter w telewizyjnym przemówieniu w 1977 r. straszył: „Do końca następnej dekady możemy zużyć światowe zasoby ropy naftowej”.
Klub Rzymski, międzynarodowa organizacja naukowców, biznesmenów i polityków, ogłosiła w słynnym raporcie z 1972 r.: „Do końca 1995 r. wyczerpią się wszystkie podstawowe surowce naturalne”. A magazyn „Life” walił z grubej rury we wrześniu 1970: „Naukowcy mają dowody na to, że już w następnym dziesięcioleciu mieszkańcy wielkich miast będą musieli nosić maski gazowe”. Do tych katastroficznych wizji świata, serwowanych przez naukowców, a podkręcanych przez media i kino, zaczynamy się już trochę przyzwyczajać.
W modzie jest straszenie nas przeludnieniem, głodem, wojną o wodę i ropę, coraz słabszą formą plemników i katastrofami klimatycznymi. Rzadziej za to mówi się już o dziurze ozonowej (zaczęła się kurczyć jeszcze przed wejściem w życie zakazu używania freonów), epidemii szalonych krów, pszczołach zabójcach czy świńskiej grypie. Ta ostatnia epidemia skończyła się, zanim jeszcze się zaczęła, wielką kompromitacją naukowców. Jak się oblicza, więcej Amerykanów zmarło od powikłań po szczepieniach, niż zmarłoby od samej choroby, gdyby się nie szczepili.
Może więc światu znów się uda. I 21 grudnia 2012 wszystko rozejdzie się po kościach. Nie nadejdzie Mesjasz, ominie nas asteoroida i rozbłyski gamma, a superwulkany będą drzemać, jak przez ostatnie kilkadziesiąt tysięcy lat. Przecież już wyznaczono następne terminy końca świata. 9 września 2017 r. czeka nas wielki potop, w którym utonie wszystko, co znamy. A Brian Ob, amerykański komik, podający się za dietetyka matematycznego, zapowiedział na 8 lipca 2022 najazd na ziemię replikantów i zniszczenie jej przed kolacją. Szkoda byłoby się tego nie bać, szkoda byłoby tego nie przeżyć.
Natalia Wierzbicka
fot. forum, shutterstock.com
dla zalogowanych użytkowników serwisu.