Bajki dla dorosłych

W poszukiwaniu rozkoszyDla antropologów to żadna nowość. Ich zdaniem gołym okiem widać, że ludzie w przeszłości żyli w stadach pod przewodnictwem samca, który nieustannie musiał bronić swojego haremu przed konkurentami. – Gdybyśmy byli tak monogamiczni jak gibbony, to obie płcie miałyby podobną wielkość ciała – tłumaczy prof. Bogusław Pawłowski z Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego. – A tak mężczyźni są wyżsi od kobiet średnio o 10 procent i ciężsi nawet o 20. To oznacza, że w przeszłości musieli ostro walczyć o ich względy. Współczesny mężczyzna też musi rywalizować o serce wybranki, ale zmieniły się jego argumenty. Dziś wzrost, siła i wielkość narządów płciowych ma mniejszy wpływ na skuteczność naszych podbojów niż grubość portfela i status społeczny.

Nawet bogobojne gospodynie są gotowe zrobić skok w bok, gdy okazja przydarzy się z aktorem z popularnego serialu. Niekoniecznie nawet musi być przystojny – grunt, żeby był znany. Bo szukają odmiany, nowych doznań, rozkoszy, której – jak wynika z badań – „mniejsza połowa” w swojej sypialni raczej nie znajduje.

W poszukiwaniu rozkoszy
Prawo do orgazmu przyznano kobietom później niż prawa wyborcze. Pierwszym nowożytnym krajem, w którym zagłosowały kobiety, było Terytorium Wyoming w Stanach Zjednoczonych. Do urn wyborczych poszły w 1869 roku. Zygmunt Freud zaczął jako pierwszy otwarcie mówić o rozkoszy pań dopiero na początku XX wieku. Jeszcze w drugiej połowie XIX wieku dr Isaac Baker Brown, członek szanowanego stowarzyszenia „British Medical Society”, leczył panie z histerii, epilepsji i homoseksualizmu, wycinając im łechtaczki!!

reklama

Nic więc dziwnego, że cała fizjologia czerpania przyjemności z seksu przez panie wciąż jest dla uczonych ziemią nieznaną. Ten zaś, kto rozstrzygnie, czy orgazm pochwowy istnieje naprawdę, czy jest tylko wymysłem Freuda, ma medycznego Nobla w kieszeni. Co jakiś czas ośrodki naukowe organizują wspólnie wielkie projekty badawcze, obliczone na udział kilkuset par, i wnikliwą obserwację kilku tysięcy orgazmów. I choć kosztują majątek, wciąż nie przynoszą jednoznacznej odpowiedzi. A jedynym orgazmem, którego istnienie potwierdza nauka, jest łechtaczkowy.

Dla feministek to zamyka całą dyskusję na temat orgazmu pochwowego. Twierdzą, że mówienie o nim „to nic więcej niż tylko przejaw męskiego szowinizmu, bo zakłada, że kobieta może osiągnąć prawdziwą rozkosz tylko podczas stosunku z mężczyzną. A przecież to nieprawda…”. Niedawno opublikowano badania, które pokazują, że spośród 370 kobiet intensywnie trenujących na siłowni aż 124 niespodziewanie nawet dla samych siebie przeżyło orgazm podczas podnoszenia ciężarów i intensywnych ćwiczeń na mięśnie brzucha... (Pisaliśmy o tym - patrz tutaj).

Z kolei najnowsze badania Helen E. O’Connell, Kalavampara v. Sanjeevan i Johna M. Hutsona wykazały, że łechtaczka jest znacznie większa niż do tej pory uważano, a jej połączenia nerwowe sięgają aż do pochwy. Zważywszy na fakt, że stopień unerwienia łechtaczki jest kwestią indywidualną, oznacza to, że jakiekolwiek próby rozróżniania typów orgazmu nie mają sensu. A orgazm pochwowy na razie jest takim samym mitem jak punkt G i „słodkie noce miłości”.

Osiągnięcie orgazmu nie jest zajęciem czasochłonnym. Badania prof. Eric Corty i Jenay Guardiani z Penn State Erie w Pensylwanii niezbicie dowodzą, że potrzebujemy na to średnio od 3 do 13 minut, ale najbardziej lubimy te nie za krótkie i nie za długie, czyli od 3 do 7 minut.

Sodomia i gomoria
­­– To wcale nie oznacza, że Polacy to łóżkowi tradycjonaliści – zastrzega prof. Zbigniew Izdebski. Połowa dorosłych obywateli naszego kraju ma doświadczenia z seksem oralnym, aż 24 proc. badanych przyznaje się do finału w ustach. Na takie atrakcje najbardziej otwarci są mieszkańcy Mazowsza i Małopolski, najrzadziej dochodzi do nich na Podlasiu. Stajemy się też „coraz bardziej otwarci” na… stosunki analne. 20 lat temu próbowało ich jedynie 6 proc. badanych, obecnie – trzy razy więcej. Dla naszych rodziców tego typu praktyki były synonimem najgorszej dewiacji.

W języku polskim „sodomią” określa się odbywanie stosunków płciowych ze zwierzętami, ale przez kilkaset lat był to bardzo pojemny termin. Jego echa do dziś pobrzmiewają choćby w angielszczyźnie, gdzie terminem „sodomy” określa się między innymi stosunki analne. Wcześniej wliczano w to również wszelkie inne odstępstwa od sztywno określonej normy, łącznie z onanizmem i miłością francuską. To echa kościelnego rozporządzenia, by zbliżenie mogło następować tylko w pozycji misjonarskiej (nazwa pochodzi od tych, którzy przy okazji nawracania promowali je wśród prymitywnych plemion). Każda inna była określana mianem sodomii. Za najbardziej grzeszną przez wieki uchodziła pozycja… na jeźdźca. Niedopuszczalne bowiem było, żeby kobieta mogła dominować nad mężczyzną.

Źródło: Wróżka nr 8/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka