Strona 2 z 3
Czujne anioły Klaudiusza
Klaudiusz Knettel nigdy się nie dowie, ilu guzów i kontuzji uniknął dzięki aniołom. Kiedyś w autobusie, który prowadził, strzeliło zawieszenie. Warszawa, plac Wilsona, dochodzi północ. Na pogotowie techniczne trzeba długo czekać. Trzech podchmielonych młodzieńców uznaje, że to wina kierowcy, i ruszają na Klaudiusza z pałką i pustą butelką. Nie wiedzieli jednak, że mają do czynienia z absolwentem anielskich kursów, który wezwał niezawodnego Michała Archanioła.
– Gdy napastnicy byli już tuż przede mną, zabrakło im sił, aby unieść ręce – opowiada Klaudiusz. – Tak, jakby się rozbili o niewidzialną szklaną ścianę. Zamilkli, odwrócili się i pokornie wyszli z autobusu. Było to tak niezwykłe, że kierowca wozu technicznego, który właśnie nadjechał i obserwował tę scenę z daleka, zapytał: „Coś ty zrobił, że tak się zmyli?”.
Klaudiusz prawie co dzień spotyka się w pracy z agresją, rozmawia więc z aniołami, zanim wyjedzie z zajezdni. Ma swój sprawdzony tekst afirmacji, który zapewnia mu na cały dzień bezpieczeństwo i bezkolizyjną jazdę. Pamięta, jak kiedyś, o drugiej w nocy, wjechał na duże skrzyżowanie, które wydawało mu się całkiem puste. Do dziś nie rozumie, dlaczego nie zauważył jadącej taksówki.
– Na sto procent – wspomina z przejęciem – powinniśmy się byli zderzyć. A tymczasem nic się nie stało, nawet nie zadrasnęliśmy karoserii. Tylko ślad jego hamowania, oglądaliśmy go potem razem, był absolutnie nietypowy. Nie po prostej, ale w poprzek jezdni, przez trzy pasy, jakby ktoś spychał siłą taksówkę na bezpieczne miejsce. Na zablokowanych hamulcami kołach nie da się jechać w bok. To jest fizycznie niemożliwe, a on tak jechał…
– Gdy przepraszałem taksówkarza, bo wina była ewidentnie moja, podrapał się po głowie i powiedział: „Miał pan dzisiaj wyjątkowe szczęście, chyba jakiś anioł nad panem czuwał” – dodaje Klaudiusz.
reklama
Uzdrawiające anioły Alicji Gdy Alicja urodziła trzecie dziecko, została w domu, by zająć się rodziną. Przez kilka lat miała na ręce małą szarą plamkę. Ale kto, mając tyle obowiązków, przejmowałby się małą plamką?
Tomek, najstarszy syn Alicji, nigdy nie chorował. Trzy lata temu, miał wtedy 32 lata, rozbolał go brzuch. To była sobota. W niedzielę rano razem z mężem zawieźli go do najbliższego szpitala. Do południa czekali na przyjęcie na oddział, a gdy Tomkowi zrobiono rentgen, trzech lekarzy stwierdziło, że ma skręt kiszek. I że potrzebne jest badanie USG, ale w nie ma go kto zrobić. Trzeba czekać do poniedziałku. W nocy z niedzieli na poniedziałek Tomek umarł…

Ciemna plamka na ręce
Alicji zaczęła rosnąć, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Trzy miesiące przepłakała. Kiedy przestała, zaczął jej dokuczać ból pod pachą. Lekarz pierwszego kontaktu wysłał ją do onkologa. Ten orzekł: czerniak. Po kilku dniach była operacja. Po miesiącu Alicja dostała skierowanie na chemioterapię. Wcześniej trzeba było zrobić szczegółowe badania. Wtedy się okazało, że jest przerzut do śródpiersia. Chirurg rozłożył bezradnie ręce. Okazało się, że przerzut jest bardzo złośliwy, zakorzeniony głęboko w okolicach obojczyka i nieoperacyjny, bo „musiałbym pani wyciąć cały obojczyk”.
– To co ze mną będzie? – zapytała Alicja i w odpowiedzi usłyszała: „Niestety…”. Skierowano ją jeszcze do specjalistki od naświetlań. Miała zdecydować, czy warto zastosować radioterapię. Na wizytę trzeba było czekać tydzień.
Alicja prawie od początku choroby odwiedzała Ewę Morawską. Po pierwszym spotkaniu przestała płakać. Ani psychoterapia, ani proszki uspokajające nie mogły przez wiele miesięcy ukoić jej żalu po stracie syna. Dopiero rozmowy, afirmacje, sesje oddechowe u pani Ewy sprawiły, że się uspokoiła. Dzięki pani Ewie na operację szła pogodna. Wiedziała, że czuwa nad nią jej osobisty Anioł Stróż i anielska eskorta.
Wreszcie zbadała ją specjalistka od naświetlań. „A pani tu po co? Przecież pani jest zdrowa”. Zniknięcie guza w śródpiersiu potwierdziła później ultrasonografia – przerzut sam się wchłonął. – Na wszelki wypadek przepisano mi sześć naświetlań – uśmiecha się Alicja i pokazuje mi teczkę z historią leczenia. Każde jej słowo udokumentowane jest wynikami badań medycznych. – W dniu, kiedy doktor powiedział, że przerzut jest nieoperacyjny i że już po mnie, o godzinie 23.30 zadzwoniła do mnie pani Ewa. Powiedziałam jej, że jest źle, a ona na to: „Nie płakać, wziąć się w garść, tam nic nie ma”. Pomyślałam, że chyba oszalała, a tu proszę.
~zapalka75