Małe jest piękne!

Skromne rozmiary kostiumu wymusiły na kobietach nie tylko przestrzeganie katorżniczej diety, ale też regularne depilowanie ciała.

Triumfalny powrót
Lody nieco stopniały, choć Réard wrócił do zarabiania na życie szyciem pantalonów w rodzinnym sklepie. Na plażach królowały kostiumy jednoczęściowe, z krótkimi nogawkami i bez ramiączek. Zazwyczaj w części podtrzymującej biust montowano fiszbinę, by utrzymać zgrabny kształt. Niektóre z takich strojów skonstruowane były wręcz jak gorset.

Do innych dodawano w dolnej części niewielki kawałek materiału, który tworzył rodzaj krótkiego fartuszka osłaniającego uda. Wszystko oczywiście w trosce o moralność. Potrzeba było jeszcze kilku lat, aby zrezygnowano z tego rozwiązania. Kostiumy zaczęto szyć z elastycznych, przylegających materiałów w rodzaju nylonu i lycry. Zapinane były

na guziki lub zamek błyskawiczny. Tymczasem nastąpił nieoczekiwany i triumfalny powrót bikini, zapowiadając obyczajową rewolucję lat 60. W 1962 roku męskie serca znów zadrżały, gdy Ursula Andress wyszła z morza w białym bikini na planie filmu o Jamesie Bondzie „Dr No”. Dwa lata później na okładce popularnego amerykańskiego tygodnika „Sports Illustrated” pojawiła się po raz pierwszy modelka ubrana w bikini.

Strój nieco bardziej „obyczajny” niż wynalazek Réarda, bo majtki były z dłużą nogawką. Ale od tej pory bikini zagościło na plażach całego świata. I choć bywały okresy – zwłaszcza w latach 80. – kiedy większą popularnością cieszyły się kostiumy jednoczęściowe, to do dziś króluje w plażowej modzie.

Rocznie w samych tylko Stanach Zjednoczonych producenci kostiumów kapielowych na bikini zarabiają przeszło miliard dolarów. No bo jak mawiają komicy, patrzenie na kobietę w bikini przypomina spoglądanie w lufę rewolweru: nie można myśleć o niczym innym. Niezależnie od kroju i tkaniny, kostium bikini najlepiej definiują słowa samego Louisa Réarda: „prawdziwe powinno być tak małe, żeby można było je swobodnie przełożyć przez ślubną obrączkę”.

reklama

Gładź!Gładź!

Pojawienie się skąpych kostiumów kąpielowych miało swoje konsekwencje: nastała moda na usuwanie nadmiaru owłosienia. Sam pomysł oczywiście nie był nowy. Miedziane nożyki służące do golenia znajdowano na stanowiskach archeologicznych sprzed 3 tysięcy lat w Egipcie i Indiach. Kobiety usuwały również nadmiar owłosienia za pomocą pęset.

Nim zaczęto stosować do tego celu wosk, Egipcjanki pozbywały się niechcianych włosów, kładąc na ciało cukrowy syrop. Zaschnięty odrywały. Usuwanie owłosienia, także częściowo z przodu głowy, rozpowszechnione było również w średniowiecznej Europie.

Wszystkie te zabiegi miały podłoże estetyczne, ale usuwanie włosów ma swoje korzenie także w religii. Muzułmanie postępują zgodnie z przykazaniami proroka, który nakazał im następujące zabiegi kosmetyczne: przycinanie wąsów, zapuszczanie brody, obcinanie paznokci, mycie całego ciała oraz usuwanie owłosienia z okolic intymnych. Wszystkie nakazy (oprócz spraw związanych z wąsami i brodą) dotyczą także kobiet.

Współczesna historia depilacji zaczęła się około 1915 roku, gdy magazyny dla pań zachęcały do golenia pach – zapanowała bowiem moda na koszulki z krótkimi rękawami. Przełom przyszedł właśnie mniej więcej w czasach pojawienia się bikini.

Około 1940 roku trafił na rynek pierwszy produkowany masowo krem do depilacji. Nazywał się „Nair”, co było zbitką słów „no hair”, czyli „bez włosów”. Marka jest na rynku do dziś. Kilka lat temu wzbudziła spore kontrowersje, wprowadzając na rynek produkt do depilacji przeznaczony specjalnie dla dzieci i młodzieży w wieku 10-15 lat.

Kuzyni bikini

Kuzyni bikini

Tankini – dół od bikini plus koszulka bez rękawów, czyli tzw. tank top. Dobre dla małych dziewczynek lub sportsmenek. Daje pewność, że podczas pływania czy biegu góra nagle nie spadnie.

String bikini – faworyt plażowiczów płci męskiej. Zrobione, jak mówi sama nazwa, w całości ze sznurków, poza spłachetkami materiału kryjącymi strategiczne okolice. Wymaga przyzwyczajenia się do chodzenia z kawałkiem sznurka między pośladkami.

Monokini – z greki: mono – jeden, bi – dwa. Bikini, które zaprzecza własnej nazwie, gdyż składa się z jednej części – majtek. Czasem w sklepie pod tą nazwą kryje się przylegający jednoczęściowy kostium z artystycznie powycinanymi tu i ówdzie dziurami.

Microkini – greki ciąg dalszy: micros – mały. Oto bikini zrobione z tak niewielkiego kawałka materiału, że nie zasłania prawie nic. Podstawowa zaleta: policja nie wlepi nam jednak mandatu za publiczne obnażanie się.

Sling bikini – kawałek materiału, który od pasa w górę dzieli się na dwie części niczym widełki procy i przykrywa piersi. Powstało w latach 90. ubiegłego wieku. Znak firmowy niemieckiego przemysłu erotycznego tamtych czasów i ulubiony kostium skandalisty Borata.

Trikini – liczebników ciąg dalszy: bikini trzyczęściowe. Składa się ze skąpych majteczek i dwóch kawałeczków materiału trzymających się na piersiach siłą woli
albo naturalnym magnetyzmem noszącej.

Burkini – bikini na odwrót: nie odsłania, a zakrywa. To właściwie strój kąpielowy dla muzułmanek. Miłośnicy egzotycznej urody mogą podziwiać na ogół tylko stopy, dłonie i twarz plażowiczki. Wymyślono je w Australii, gdzie noszą je ratowniczki-muzułmanki. Z serialem „Baywatch" ma to niewiele wspólnego.


Stanisław Gieżyński
fot. Getty Images/ Flash Press Media, Fotochannels, Shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 6/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka