Strona 2 z 2
Żelazna Nike
– Żyję na marginesie społeczeństwa, a normy społeczne nie odnoszą się do tych z marginesu – mawiała. Z pewnością umiała korzystać z dobrodziejstw postępu oraz społecznej nobilitacji kobiet. A w latach 20. ubiegłego wieku oznaczało to rozluźnienie obyczajowych rygorów. Poza tym wojenny kataklizm doprowadził do męskiego deficytu. Następstwem – seksualny zamęt. Oto układ należący do normy: mąż (czasem w zaświatach), kochanek, kochanka... Takim biseksualnym uczuciowym „zapleczem” szczyciły się kobiety wyzwolone. Jak Łempicka.
Przypatrzmy się „Autoportretowi w zielonym bugatti”. Obraz uchodzi za symbol nowoczesnej kobiety, kwintesencję lat zwanych szaloną epoką jazzu. Jest też szczytem stylu art déco. Co przedstawia? Wyidealizowana podobizna Tamary w luksusowym sportowym samochodzie wiele mówi o jej charakterze.
Spojrzenie wyraża dumę, wydatne usta aż proszą się o pocałunki, ręka na kierownicy dowodzi, że automobilistka panuje nad sytuacją. Nie potrzebuje szofera, sama ściga się z mężczyznami. Odważna, żelazna Nike! Porównanie jak najbardziej na miejscu, bo futuryści już w 1909 roku uznali, że samochód jest piękniejszy od Nike z Samotraki.
Łempicka nigdy nie miała zielonego bugatti, a jedynie żółte renault. „Autoportret...” powstał w 1929 roku jako projekt okładki pisma „Die Dame”. Klasyczna technika (olej na desce) i skromne rozmiary nie kojarzą się z obecną reklamą – a przecież ta praca nie powstała con amore. Jej zadaniem było lansowanie nowego, zdrowego stylu życia.
reklama
Ira nie raz Z tego samego co „Autoportret...”, 1929 roku, pochodzi kompozycja „Saint-Moritz”, kolejny sportowy manifest pod malarską postacią. W tym szwajcarskim, supermodnym ośrodku sportów zimowych nie mniejszą niż narty atrakcję stanowiło bawiące tam towarzystwo: arystokraci, gwiazdy ekranu, bogaci przemysłowcy.
Na obrazie „Saint-Moritz” Łempicka nie przedstawiła jednak nikogo z hight society. Skupiła się na dziewczynie w czerwonym swetrze. Anonimowej dla widzów, lecz nie dla autorki! Tamara dała tu wyraz... uczuciu. Narciarka nazywała się Ira Perrot i przez dekadę uchodziła za najbliższą „przyjaciółkę” Tamary. Stała się także jej ulubioną modelką. W „Saint-Moritz” opiera okryte rękawicami dłonie na kijkach, wznosząc ku niebu natchnione oczy.
Sportsmenka w religijnej ekstazie? Ten zabieg to przejaw geniuszu marketingowego Tamary. Wiedziała, jak spodobać się odbiorczyniom jej pokroju. Znaczy – snobkom, niebojącym się seksualnych eksperymentów. W „Saint-Moritz” połączyła kilka sprzeczności: uduchowienie, erotyczną ekstazę i atrakcje turystyczno-sportowe; egzaltowaną namiętność i zdrowy tryb życia.
Ostatni spektakl Sukcesy artystyczne powetowały Tamarze prywatne straty. W 1930 roku Tadeusz Łempicki, od 14 lat jej mąż, zakochał się w innej i poprosił o rozwód. W aurze niesnasek odeszła też Ira, prawdopodobnie największa „romantyczna” miłość malarki. Depresja, z którą Tamara potem walczyła latami, miała podłoże w obydwu zerwanych związkach. O zgrozo – wbrew jej woli! W 1934 roku Łempicka wreszcie przyjęła oświadczyny Raula Kuffnera. Byli siebie warci – obydwoje znali się na tym, co najlepszego można mieć za pieniądze.

W 1939 roku, kiedy małżonkowie przenieśli się do Ameryki, malarka najpierw zachłysnęła się dostatnim, wygodnym życiem. Znów znalazła się w centrum uwagi, przyjmowała tłumy, flirtowała. Ale art déco wyszło z mody, gwiazda Łempickiej przygasła... Nadaremnie próbowała to abstrakcji, to fakturowego malowania szpachlą. Jej pokazy przyjmowano z obojętnością, lekceważąco nazywając ją „baronową z pędzlem”.
Do roku 1972. Paryska retrospektywa Tamary – i wielki sukces! Republika Francuska kupuje 23 obrazy, kolekcjonerzy dobijają się do drzwi. Z tym że popyt jest tylko na fazę międzywojenną, modernistyczną. Nie szkodzi – znowu cały świat mówi o Tamarze. 31 lat temu, w połowie marca, zasnęła na zawsze. Wedle woli Tamary jej prochy rozsypano z helikoptera nad wulkanem Popocatepetl.
Ostatni spektakl, który zaaranżowała. W ciągu 82, a może 85 lat życia dwukrotnie znalazła się u szczytu: gdy miała około trzydziestki i grubo po siedemdziesiątce. Gdyby pociągnęła jeszcze dekadę, doczekałaby prawdziwego boomu. Bo to szło błyskawicznie – od 510 tys. dolarów za „Andromedę”, 775 tys. dol. za „Portret pani Boucard” do 2 mln dolarów za „Adama i Ewę”. U nas można tylko marzyć o obrazach pani z bugatti. Ale zdarzają się rysunki: w ubiegłym roku trafił pod młotek „Akt”, za 95 tys. zł. Licytacja odbyła się w marcu, dokładnie 30 lat od odejścia artystki.
Monika Małkowskafot. East News, Fotochannels, Forum
dla zalogowanych użytkowników serwisu.