Strona 2 z 2
Łapacze są jak wędkarze
Koci dramat rozgrywa się w ciszy, w niedostępnych zakamarkach piwnic. Umęczone kocie mamy starają się ochronić przed złym światem swoje bezradne potomstwo. Rzadko się udaje. Z urodzonych na swobodzie maluchów przeżywa co dziesiąty.
– Właśnie dlatego głównym celem nieformalnej Grupy JoKot jest wyłapywanie kotów do sterylizacji – tłumaczy Ola, specjalistka do spraw mediów, a po godzinach szefowa jokotowych łapaczy i moderator na www.miau.pl. Klatka-łapka przypomina wielką pułapkę na myszy. Zwabiony przynętą kot wchodzi do środka i stając na specjalnej klapce, zwalnia blokadę drzwiczek. Tyle teoria. W praktyce nie takie to proste. Łapacz jest jak wędkarz – bywa, że czeka wiele godzin, by wrócić do domu z pustymi rękami. Ola odradza wabienie na walerianę.
– Od niej koty głupieją. Potrafią tarzać się po klatce w euforii o kilka centymetrów od zapadki – tłumaczy. – Na przynętę najlepsze są „kocie fast foody” – Kitekat, Whiskas albo tuńczyk z puszki. Wszystko, co intensywnie pachnie.
Czekać należy w ciszy, choć czasami kot potrafi zaskoczyć. Ola nigdy nie zapomni łapanki na warszawskiej Cytadeli.
– To teren jednostki wojskowej – opowiada. – Wchodzimy rano, odmeldowujemy się u dwóch dyżurnych i zastawiamy łapkę u stóp masztu flagowego na placu apelowym. Czekamy ukryci za pagórkiem. Po chwili – jest! Przy klatce pojawia się kotka z dwójką młodych. Już, już ma wejść do środka, gdy wtem na plac wmaszerowuje paradnym krokiem pododdział wojska. Zagrały sygnałówki, byłam pewna, że już po kompocie – śmieje się. – A kotka? Siła spokoju. Złapała się w chwili, gdy wojacy wciągali flagę na maszt.
reklama
Gdy łapka zawiedzie, w ruch idzie atrybut wędkarza i kociarza, czyli podbierak. Najlepiej w silnej męskiej dłoni. Marcin, mąż Oli, nie zawsze był „kotopozytywny”. Lepiej nie pytać, skąd wie, że kot wrzucony do wody pływa „pieskiem”...
To było jednak dawno temu, Marcin swoje winy wobec kociego rodu odkupił z nawiązką. Choćby wtedy, gdy na cmentarzu Powązkowskim schodził po drabinie do głębokiej na kilka metrów krypty między potrzaskane trumny, by wydobyć uwięzione w grobowcu kocięta.
– Najtrudniej było dotrzeć do spadkobierców grobu, by uzyskać ich zgodę na akcję – wspomina. – Czasu nie było wiele. Maluchy słabły z każdą chwilą. Dla niego łapanka to starcie dwóch osobowości, ludzkiej i kociej. Do dziś wspomina z szacunkiem potężnego kocura, który po zapakowaniu do transporterka spokojnie rozprostował łapy i... zaczepy puściły, solidny kontener rozpadł się na części, a kot śmignął w najbliższe krzaki.
– Jeśli ten koci Pudzian jeszcze żyje, pewnie do dziś płodzi kocięta – mówi Marcin. – Już nigdy więcej nie dał się schwytać.
Coś cicho miauczy… Maluchy wcześnie uczą się lęku przed człowiekiem. Ledwie trzymają się na niepewnych łapkach, a już straszą szpileczkami ząbków jak kieszonkowe tygrysy. Joanna, 27-letnia działaczka samorządowa, i Paulina, młodsza o cztery lata urzędniczka, nie przejmują się sykiem i krzykiem. Kociak może do woli stawiać irokeza – i tak wyląduje w Kocińcu.
Na miau zalogowały się cztery lata temu w poszukiwaniu kota do adopcji. Lektura wątków otworzyła im oczy na ogrom kociego nieszczęścia. Zaczęły pomagać i już nie umiały przestać. Dziś w Kocińcu, czyli po prostu wynajmowanym przez dziewczyny domku pod Warszawą, czeka na adopcję spora gromadka.
– Czasami tęsknię za swoim dawnym hobby, wspinaczką – mówi Paulina. – Ale pomoc kotom także daje zastrzyk adrenaliny. Lubię pokonywać własną słabość. Często jestem tak zmęczona, że chciałabym tylko spać, ale nie umiem zapomnieć, że przecież gdzieś tam coś cicho miauczy…
Nie żal nieprzespanych nocy Najtrudniejsze chwile przeżyły podczas akcji ratowania piwnicznych kociąt z warszawskiego Gocławia. Joanna pracowała wtedy w Ośrodku dla Kotów Miejskich Koteria.
– Dostałam zlecenie na wyłapanie kotów do kastracji na osiedlu Przyczółek Grochowski – opowiada. – Nie wiedziałam, że rozgrywa się tam prawdziwa tragedia. W zagraconych piwnicach przebywało kilkadziesiąt kociąt. Głodnych i chorych. Ta piwnica była najbardziej obrzydliwym i przygnębiającym miejscem, w jakim byłam...
Trudno uwierzyć, że dwie wiotkie dziewczyny o delikatnej urodzie, forsując zamki i kłódki, czołgając sią wśród cuchnących zwałów śmieci, wygarnęły z tego piekła 30 kociaków. Potem – nie było czasu na sen. Maluchy chorowały na panleukopenię, śmiertelną chorobę, która zmiata w kilka godzin całe mioty kociąt.
Więc co dwie godziny kroplówki, co noc kilka kursów do całodobowej lecznicy, wenflony w cieniutkich jak niteczki żyłkach na bezwładnych łapkach. I potworny żal, gdy odchodziło zwierzątko, o które tak mocno walczyły. Czy było warto? Nie mają wątpliwości. Dziś w Kocińcu czekają na nowe domy Olaf, Burza, Szylka i inne kociaki z Gocławia. Kiedy patrzy się, jak biegają za piłeczką, nie żal nieprzespanych nocy, pieniędzy i wylanych łez.
***
Mówią, że ratując jednego kota, nie zmieni się świata. Za to można zmienić świat dla tego jednego kota. Może więc warto spróbować? Trzeba jednak pamiętać, że koty uzależniają jak narkotyk. Dlatego dobrze się zastanówcie, nim wpiszecie w pasek wyszukiwarki adres www.miau.pl i naciśniecie enter. Bo nie ma odwrotu dla ludzi, którzy raz dostrzegli żyjące tuż obok koty.
Zofia Domaniewskafot. Zofia Domaniewska, Anna Lankau-Pogorzelska, Lotta Photography, shutterstock.com
~urocza
~KropkaMS
Zaczęłam czytać wpisy starych bywalców: "muszę obciąć włosy bo wygladam strasznie ." "ok,przyślij zdjecie to ocenię" i tym podobne .
Nie wrócę na to forum ,wolę być sama ze swoimi stworzeniami,sama działać ,sama coś robić.