– Nigdy nie śpiewałam po to, żeby zostać gwiazdą. Śpiewam, żeby zarabiać. Wiem, że to może niektórych szokować. Trudno. Mój głos to moje narzędzie – realizuję dzięki niemu swoje plany – mówi Ani Choying Drolma.
Sporo, jak na 39-letnią kruchą kobietę…
Ja tylko tak niepozornie wyglądam (śmiech). Jestem „miękka”, łagodna w obyciu, co zapewne zawdzięczam także praktykowaniu buddyzmu. Ale mam w sobie sporą determinację. Zresztą, mniej ważne jest to, żeby być silnym niż to, żeby czuć się silnym. Ja czuję się silna!
Po opuszczeniu klasztoru nigdy nie pomyślałaś o tym, aby zrobić coś wreszcie tylko dla siebie, np. założyć rodzinę?
Nie. W wieku dziesięciu lat poprzysięgłam sobie, że nie wyjdę za mąż i trwam w tym postanowieniu. Owszem, zdarzały się w moim życiu chwile platonicznego zauroczenia, ale nie na tyle mocne, abym się złamała. Gdybym naprawdę chciała być z jakimś mężczyzną, nie wahałabym się! Ale nie to jest mi potrzebne do szczęścia. Mogę pomagać innym i to nadaje sens mojemu życiu. Czuję się wolna. Nikt mnie nie ogranicza. Tak, zbyt mocno jestem przywiązana do wolności… Mogą ją ograniczać jedynie moi adoptowani synkowie! (śmiech).
Dlaczego, mając tyle przybranych córek w Arya Tara School, zdecydowałaś się jeszcze na adopcję?
To była decyzja podjęta pod wpływem chwili. Pewnego dnia odwiedziła mnie w szkole mniszka z Nagi Gompa, błagając, abym zaopiekowała się synkiem jej brata, który stracił oboje rodziców. Ona nie miała dość pieniędzy, by go wyżywić. Zgodziłam się bez zastanowienia – jak zwykle i w tym przypadku postąpiłam instynktownie. Tak w wieku prawie trzydziestu lat zostałam mamą 10-miesięcznego chłopczyka. Sonam Dorje skończył właśnie 11 lat. A od niedawna ma o pięć lat od siebie młodszego braciszka, żeby mu nie było samemu smutno… Obaj są wielką radością mojego życia!
dla zalogowanych użytkowników serwisu.