Kochankowie z Cyrli

Schronisko na Hali ŁabowskiejŁabowska znaczy blisko nieba
Schronisko na Hali Łabowskiej było do wzięcia, bo „poprzedni właściciel sobie nie radził”. W każdym razie tyle im powiedzieli w PTTK.
– Sprowadziliśmy się w Prima Aprilis, ale reszta nie była do śmiechu – wspomina Jacek. – Okazało się, że instalacja elektryczna jest spalona, co było dla mnie ciosem, bo spodziewałem się, że wreszcie obejrzę wiadomości do końca.
– Ale ważniejsze było, że choć ludzie szli obok domu, nikt do schroniska nie zaglądał! Paskudny charakter poprzedniego dzierżawcy dał się ludziom we znaki tak, że skreślili Łabowską na dobre.

Nie mieli pomysłu, jak to zmienić. Aż któregoś dnia Irena włożyła ręce do ziemi. Zaczęła urządzać ogród. I turyści przekonali się, że jest inaczej. Ruszyli z miejsca. Ale w domu mieszkało im się źle.
– Kłóciliśmy się, a dom, choć wyremontowany, zachodził grzybem...

Irena pojechała kiedyś do Krakowa. Przypadkiem zobaczyła na budynku szyld „Towarzystwo Psychotroniczne”. Zastukała.
– Poradzimy sobie z grzybem – uspokoili ją – założymy ekrany energetyczne.
– E... tylko tak gadacie – machnęła ręką – nikt nawet do mnie nie przyjedzie na górę.
Ale myliła się. Zbyszek wspiął się na górę w Boże Ciało. Usiadł na progu i popatrzył Jackowi w oczy.

– Pan to ma skórę hipopotama – pokiwał mu palcem – dla pana to jakieś hokus pokus... ale nie szkodzi. Ja i tak zrobię swoje.
I zrobił. Najpierw było jeszcze gorzej. Pochorowali się pracownicy, a bez Jackowej siostry nie dali rady polepić pierogów. Ale po dziesięciu dniach choroby minęły. A grzyb z domu zniknął bez śladu.
– Nie powiem, żebym uwierzył, ale przecież całe życie mieszkamy w górach, blisko nieba, widzimy sprawy, o jakich ludziom w miastach nawet się nie śniło – przyznaje Jacek. – Może dlatego, że w miastach świecą latarnie, a u nas tylko księżyc.
I zadzwonił do Zbyszka z wyrazami szacunku. A potem na Łabowskiej zaczęło straszyć.

reklama

Noc była ciepła, zresztą zawsze śpią przy otwartych oknach. Czwarta nad ranem. Jacek obudził się nagle zlany potem.
– Ucieeeekaaaajcie! – wychrypiał głos. Jak z podziemi. Ale jakoś blisko.
– Słyszałaś? – zapytał żony. Nawet nie pytał, czy śpi.
– Słyszałam – wzdrygnęła się.
– Ucieeekaaajcie! – szept rozległ się tuż przy łóżku.
Zapalili lampę. Cienie rozpierzchły się po kątach. Pusto. Tylko kot zjeżony jak szczotka.
Rano Jacek machnął ręką. Że im się przywidziało. Ale Irena jest góralką przecież.

– U mnie jak kto umierał, to się zatrzymywało zegar i zasłaniało lustro, żeby duch mógł spokojnie odejść tam, gdzie mu pisane – tłumaczy. – Ja uwierzyłam.
Następnej nocy o czwartej rano tuż przy ich uszach ktoś wychrypiał głośno: ucieeekaaaajcie!

Zadzwonili do Zbyszka już o szóstej. Przyjechał w południe. Wziął do ręki wahadełko i od razu poszedł do biurka. Otworzyli szufladę. A tam pod rachunkami z telekomunikacji i za prąd leżał nieśmiertelnik. Znaleźli go kiedyś w lesie. Wsadzili do szuflady i całkiem zapomnieli. Było imię, nazwisko, Warszawa i data: 1915. Wszystko cyrylicą.

– Trzeba to zakopać – poradził Zbyszek. – Znaczy pochować trzeba. W lesie. Pochowali. I wszystko ustało. Wtedy Jacek przypomniał sobie, jak kiedyś w Bene siedzieli do późna przy ognisku z chłopakami z BOR-u. Gadali o Ogniu, co zastrzelił przed chatą niedobitków z UPA. Żartowali. A tu z jednej strony doliny idzie czarna mgła. Z drugiej – mgła biała jak śnieg. I Jacka, i BOR-owców ogarnął taki lęk, że w mig poszli do chaty. Mgła zdusiła ogień. Prowadzili Łabowską osiem lat. Potem PTTK podniósł im czynsz tak, że nie daliby rady. Trzeba było ruszyć w drogę.

Cyrla znaczy w domu
Stację Narciarską w Wierchomli wzięli w dzierżawę po trosze dlatego, że akurat była do wzięcia, a po trosze z nieświadomości.
– Nie byliśmy gotowi na robienie biznesu. Na takie tłumy. Na to, że w kolejce do wyciągu będą się kłócić narciarze – Irena nie kryje zawodu. – Przekonaliśmy się, że na wyścig szczurów nie mamy ochoty. No i że nie potrafimy żyć na dole. Musimy być w górach, choć przecież maniakalnie lubimy miasta.
Syn Ireny z pierwszego małżeństwa mieszka w Gironnie w hiszpańskiej Katalonii. Potrafią włóczyć się po jej starówce całymi godzinami, bez końca. Z językiem na brodzie. Na drugim miejscu stawiają Rzym.

– Zachowujemy się tam jak szaleńcy! Chcemy go po prostu połknąć – śmieją się. – Najbardziej lubimy Palatyn.
– Ale nie tak jak grę w trzy karty w Gironnie – przyznaje Jacek. – Jakbym się przeniósł do filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. W Polsce też mają cztery miasta, do których wracać mogą bez końca: Kraków, Gdańsk, Toruń i Gniew. Miasta, w których Genius Loci jest zachwycający.
– Ale sklepy? Za żadne skarby świata. Tłum w galerii handlowej jest przerażający – kręci głową Irena.

Nie mogło inaczej być. Musieli mieć dom w górach. Szukali go w całym Beskidzie. Od Dukli do Rytra. I znaleźli. Na Cyrli. To daleko: jeden sąsiad i żadnego asfaltu. I wysoko. Ale przy turystycznych szlakach, co ważne, bo przecież chcieli żyć z prowadzenia schroniska. I nie było łatwo. Stary dom nie nadawał się do zamieszkania. Ale czuli, że to właśnie tu. Że to jest ich miejsce. Pierwszy dom, który mieli na własność. Zakasali rękawy, jak kiedyś, kiedy trzeba było wodę nosić wiadrem. Odbudowali Cyrlę belka po belce. Ledwo skończyli, a już o mały włos, wszystko poszłoby z dymem.

Sąsiad zaprószył ogień w stodole. Kilkanaście metrów od nich. A tu susza. Wiatr. Płomienie lizały Cyrlę jak drapieżne zwierzę. Stopiły się rynny, popękały okna, bale nasączone drewnochronem dymiły i syczały. Ale dom się nie poddawał. Walczył. Pokochali go za to. I przywieźli mu psa – Strugę. Sukę z ogłoszenia. Pojechali po nią do Oświęcimia.
– Na łańcuch? – zapytał srogo właściciel Strugi. – Bo ona delikatna jest.
– Prędzej człowieka bym wziął na łańcuch niż psa – odparł Jacek. – Jak nam brakuje jedzenia, to nie jemy, byle psy dostały.
 No i przywiózł ją. Położyła się na podłodze i skomlała jak dziecko. I nie można jej było przenieść, więc Irena rozłożyła obok karimatę i tak spały we dwie, aż pies się oswoił.

Cyrla pachnie jedzeniem i świeżym drewnem. Irena i Jacek dzielą czas między pracę w kuchni i budowę drugiego domu. W starym warunki są jak w schroniskach sprzed ćwierćwiecza. Nowy będzie na nowe czasy. Jacek nauczył się o budowaniu już tyle, że większość prac wykonuje sam. Jak mówią górale – „robi soboniem”.
– Jeśli ci na czymś zależy, nauczysz się. Ludzi zapytasz.

Pomogą przecież, rozumieją. W górach nie jest łatwo, bo muszą najpierw sprawdzić, czy można ci ufać – tłumaczy Jacek.
– Ale jeśli dowiedziesz, że można, będą ci błogosławić. Zresztą, nie ma odwrotu. Bo jeśli Bene to było nasze niebo, Łabowska była naszym czyśćcem, Wierchomla to czyste piekło, a teraz, na Cyrli, wreszcie jesteśmy u siebie.

– Ja nie umiałabym już żyć gdzie indziej. Tu jestem szczęśliwa. Dzięki Jackowi. I dzięki temu, że mam blisko do nieba. I, choć to może się wydać dziwne, mam też bliżej do ludzi. Bo na Cyrlę przypadkowi nie docierają, nie ma asfaltu, trzeba pieszo z Rytra iść przez lasy i górskie hale. Tylko szczęśliwi dochodzą. Pewnie od tych endorfin. Szczęśliwi ludzie i szczęśliwe zwierzęta. Borsuki od wiosny przychodzą węszyć pod dom. Sójki, które dokarmiają całą zimę, zlatują jesienią, żeby im pokazać swoje młode. Kilkaset sójek, cała polana jest niebieska od ich skrzydeł. A pośród tego stada jeden oswojony... dzięcioł.

A góry jakby wiedziały, że trudno im się oderwać od budowy, od kuchni, jakby się zmówiły, że trzeba Irenie i Jackowi dać to, co najlepsze.
– Pamiętasz, jak wyszliśmy po ciemku na Makowicę? – wspominają. – Jak słońce zaczęło wstawać i zobaczyliśmy Radziejową?
– I caluśkie Tatry ponad różową mgłą przedświtu!
– Jak na japońskich sztychach. I znów przychodzi mi do głowy, że dzieliło ich wszystko: i czas, i przestrzeń, i każde z nich szło w zupełnie inną stronę. A jednak los posplatał ich tak, żeby było dobrze. Znaczy „bene”.


Grzegorz Kapla

Źródło: Wróżka nr 11/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka