Po jakimś czasie Malwina zadzwoniła do Chrześcijańskiego. Powiedziała, że jest w ciąży, piąty miesiąc. Czy mógłby jej wyświadczyć kolejną przysługę? Chce, żeby się z nią ożenił, a później dał nazwisko jej dziecku.
– Jestem tylko starym gejem – powiedział Chrześcijański.
– Nie nadaję się ani na męża, ani na ojca.
Zresztą, dodał, Malwina mogłaby być jego wnuczką. Ale jeśli to wszystko jej nie przeszkadza, to proszę bardzo. Choćby jutro. Ślub odbył się w urzędzie stanu cywilnego. Chrześcijański mimo próśb babci odmówił kościelnego. Trwał bardzo krótko. Malwina wyciągnęła z szafy lepszą sukienkę i kupiła jakieś buty, bo stare się lekko rozpadały. Zawsze chodziła w byle czym i jadła byle co – przyzwyczajenia z dziecinnych lat.
Chrześcijański włożył do ślubu ten sam garnitur, w którym kiedyś przyszedł przed jej szkołę, na ręku miał odświętny sygnet. Babci na ślubie nie było. Leżała w szpitalu, gdzie miano dokonać amputacji jej nogi. Długie lata picia i cukrzyca zrobiły swoje.
W mieszkaniu czekały dwa wózki – jeden dla dziecka, drugi dla niej. Kiedy tylko wyszli z urzędu, Chrześcijański powiedział, że musi wracać do domu. Czeka tam pilne tłumaczenie. Malwa poszła sama do domu w nowych przyciasnych butach i z kwiatami w ręku, które ktoś z uczestników innego ślubnego orszaku wcisnął jej w rękę, myśląc pewno, że trzeba pomóc tej biedocie.
Zobowiązała się w firmie, że będzie nadal pracowała, tyle że w domu. Ma już profesjonalny komputer. Śmietnikowy od dawna powrócił na śmietnik. Może pracować wydajnie jak dotąd. Nawet za mniejszą pensję. I po urlopie na pewno do firmy wróci, obiecuje. Fabiana urodziła się tak łatwo i szybko, że Malwina pomyślała: trudniej upiec szarlotkę. Dostała imię po matce Malwiny. W parę godzin po porodzie przyszedł Chrześcijański.
– Mąż do pani – zawołała na całą salę pielęgniarka.
Był bardzo blady i jakby chwiał się na nogach. Na palcu nie miał sygnetu. Powiedział, że z jego sercem jest już zupełnie źle i za parę dni idzie na wstawienie by-passów.
– Może chciałby pan zobaczyć córkę? – spytała pielęgniarka. – To takie śliczne dziecko, że nadawałoby się do reklamy produktów dla niemowląt. I oczy jak u pana. W kolorze kwiatów lnu. Bardzo niebieskie.
Chrześcijański wziął dziecko na ręce i niezgrabnie pocałował. – Nigdy czegoś takiego nie dotykałem – powiedział. – Czegoś tak kruchego i żywego.
– Zdąży pan jeszcze wychować. Już nieraz widzieliśmy ojców w pana wieku – powiedziała pocieszająco pielęgniarka.
Fabiana rosła jak na drożdżach. Prawie w ogóle nie płakała i nie budziła mamy w nocy. Już teraz było widoczne, że będzie piękną dziewczynką. Miała długie ręce, długie nogi, piękną główkę, zupełne przeciwieństwo Malwy.
Dwa tygodnie od przyjazdu ze szpitala Malwina zadzwoniła do Chrześcijańskiego. Był po operacji. Bardzo chciał się z Malwiną zobaczyć. W biurku leży dla niej list. Niech Malwina przeczyta po jego śmierci, bo wciąż jego stan jest niepewny. Prosi także, żeby przyniosła mu kilka książek z biurka. W mieszkaniu Chrześcijańskiego nie było już wolnego skrawka podłogi. Malwina postanowiła posprzątać. Wynosiła pudła, sznurki, przewody elektryczne i sterty podartych spodni i butów. Stopniowo ubywało śmieci i zaczynał się jaki taki porządek.
O tym, co się stało w tydzień później, Malwa usłyszała od dozorczyni. Chrześcijański przyjechał ze szpitala, otworzył drzwi, rzucił wzrokiem na uporządkowane mieszkanie i upadł na progu. Lekarz stwierdził atak serca. Malwina otworzyła szufladę w biurku. W kopercie leżał sygnet i testament, w którym zmarły zapisywał mieszkanie i wszystko, co w nim było, swojej córce Fabianie. Za trumną szły tylko dwie osoby – Malwina i dozorczyni. Pogrzeb odbył się szybko. Wszystko w moim życiu tak się odbywa, pomyślała Malwina. Parę minut i koniec. Żadnych uroczystości, celebracji, nastroju, wszystko zgrzebnie. Jeszcze tego samego dnia wyjechała z córką w wózku na spacer. Na żwirowej alejce ktoś dotknął jej ramienia. To był wysoki blondyn.
– Ciągle nosisz czarne stringi z cekinami? – zażartował.
– To mój strój na co dzień – powiedziała Malwina.
– A czyje to dziecko? – spytał.
– Moje. I twoje. Nasza córka. Ale nie martw się, ona ma nazwisko, ojca i nie chce od ciebie niczego. Ani pieniędzy,
ani czułości.
– Tyle miałem kobiet – powiedział blondyn – że bym nie zliczył. Prawie wszystkie piękne i głupie. Jeszcze w liceum myślałem o tobie, że jesteś kawałkiem porządnego człowieka, nie dupy, ale człowieka właśnie. A potem jakoś ciągle spotykałem te na literę d. Czy wiesz, że przez tego faceta, który przyszedł pod szkołę i powiedział, że dostanę jedynkę, oblałem maturę z matematyki? Przecież wiesz, że nie byłem tumanem. Ale coś mnie zamurowało. Jakimś szamanem był ten stary, czy co?
– Był moim mężem – powiedziała. – A teraz jestem wdową. A ja po raz trzeci rozwodnikiem – powiedział. – O, mam pomysł. Czy pozwolisz zaprosić się na kawę?
Barbara Pietkiewicz
dla zalogowanych użytkowników serwisu.