Strona 2 z 2
Kobieta jako przedmiot? Wspaniale!
Gdy nieco już przebrzmiała subkultura punkowych rebeliantów, królowa ulicznego stylu wyruszyła na podbój imperium wielkich krawców. McLaren początkowo ją wspierał, ale ich związek miał się ku końcowi. Rozstali się po wielu awanturach i do końca jego życia serdecznie się nie znosili. Każde z nich uważało się za samodzielnego twórcę mody punk, ale to Vivienne robiąc światową karierę, udowodniła, kto tu był zdolniejszy i bardziej pomysłowy.
Zaczęła bawić się historią i modą. Parodiowała bajecznie kolorowe stroje Indian, piratów, banitów. Ignorując obowiązujący w latach 80. power look, szokowała sukienkami karykaturalnie wywatowanymi na pośladkach i piersiach, inspirowanymi stylem rococo. Przeobrażała tradycyjny ubiór Szkotów w kokieteryjne kobiece kostiumy i wprawiała w osłupienie wariacjami na temat angielskiego tweedu. Na zarzuty, że jej stroje są nie do noszenia na co dzień, artystka-wizjonerka za każdym razem odpowiada: „W modzie nie chodzi o wygodę. Nic nie jest straszniejsze od niechlujnej miernoty”.
Zawsze pod prąd – tej zasadzie Vivienne Westwood pozostaje wierna nie tylko w kwestiach mody. I trudno orzec, czy sprzeciw i bunt to jej naturalny odruch, czy sposób na zapewnienie sobie rozgłosu. Pewnemu dziennikarzowi tak starała się obrzydzić zawód: „Nie śledzę prasy. Gazety są dla analfabetów, w tym także dla wizualnych analfabetów. Mam asystenta, który czytałby prasę przez cały dzień, gdyby tylko mógł. Leży teraz w szpitalu w izolatce. Podczas odwiedzin zapytałam: »Pewnie spędzasz tu cały czas na czytaniu tych gazetowych bzdur?«. Przyznał, że tak, więc postawiłam mu diagnozę: »Żółtaczka nie jest najcięższą chorobą, na jaką cierpisz«”.
reklama
Nie tylko z prasą projektantka ma kłopot. Wydała też wojnę „Teletubisiom”, które jej zdaniem uosabiają samo zło konsumpcyjnego społeczeństwa i „przemieniają 18-miesięczne maluchy w zakupoholików”. Złośliwi jednak wątpią, czy Westwood kiedykolwiek oglądała serial, bo przecież przyznała kiedyś, że nie ma telewizora.
Od kąśliwej Lady V dostało się także feministkom. „Jaka jest pani riposta na zarzut, że estetyka wyzywających strojów pani projektu nie idzie w parze z feminizmem?” – zapytano designerkę na forum internetowym. Odpaliła: „No cóż, myślę, że feministki są nieświadome tego, jak wielką rolę kobiety odegrały w historii. Gdyby nie kobiety, nie byłoby sztuki. Feministki chcą, abyśmy wyglądały jak faceci. Ale my przecież nie jesteśmy facetami. Kobiety i mężczyźni są stworzeni między innymi po to, by ze sobą flirtować. A w miłości i wojnie – wszystkie chwyty są dozwolone!”. Innym razem jeszcze mocniej wsadziła kij w mrowisko: „To wspaniale, gdy kobieta jest traktowana jak przedmiot. W ten sposób, paradoksalnie, poznaje, w czym tkwi jej siła. Nie sądzę jednak, aby feministki to zrozumiały”.
Jednak ulubionym tematem rozważań Vivienne Westwood jest polityka, którą uprawia chętnie także za pomocą mody. W 2008 roku projektantka wzięła udział w Wielkiej Kampanii na Rzecz Nuklearnego Rozbrojenia. Do historii przeszła jej kolekcja T-shirtów i dziecięcych ubrań z 2005 roku z nadrukami: „NIE JESTEM TERRORYSTĄ, nie aresztujcie mnie”. Występując w obronie praw człowieka, Westwood powiedziała: „Demokrację możemy traktować jak wartość daną nam raz na zawsze, pod warunkiem, że nie przestaniemy bronić wolności”.
W kwietniu 1989 roku pojawiła się na okładce popularnego magazynu „Tatler” przebrana w kostium, który zamówiono dla Margaret Thatcher, i ustylizowana na nią. Na okładce widniała przewrotna zajawka: „Ta kobieta była kiedyś punkiem”, a pod kwietniową datą wydania znalazł się podpis: „April Fool”. Ta gra słów może oznaczać Prima Aprilis, ale także... „Głupiec Kwietnia”. Nietrudno wyobrazić sobie reakcję Żelaznej Damy...
Westwood nie byłaby sobą, gdyby z właściwą sobie uszczypliwością nie przedstawiła pobudek, jakie kierowały nią, gdy w 2007 roku zdradziła labourzystów na rzecz konserwatystów: „Nie zrobiłam tego z przekonania, że David Cameron jest taki wspaniały. Wystarczy mi, że nie jest Gordonem Brownem”. Przy innej okazji nawoływała: „Udział w głosowaniu to obowiązek obywatelski. Trzeba głosować na mniejsze zło”.
Do trzech razy sztuka Andreasa Kronthalera, swojego trzeciego z kolei partnera życiowego, młodszego od niej o całe 25 lat, poznała pod koniec lat 80. podczas wykładu w Akademii Sztuki Stosowanej w Wiedniu. On sam opowiada o tym w ten sposób: „Nikt tak jak ona nie potrafił opowiadać o modzie, o tym, jak moda wpływa na jakość życia. Pomyślałem: ta kobieta to chodząca pasja. Zakochałem się na zabój!”. W środowisku akademickim zawrzało. Związek dziarskiej pani po pięćdziesiątce z 27-letnim przystojniakiem stał się ulubionym tematem plotek. Oczywiście nikt nie dawał tej miłości szans. „Pobawi się nim i rzuci” – komentowano. A oni na przekór podobnym opiniom obnosili się ze swoim uczuciem.
On żartował: „Kobieta jest jak wino, im starsza, tym lepsza w smaku”, a ona odwzajemniała się: „Nigdy nikogo nie byłam tak pewna jak Andreasa”. Do dziś tworzą tyleż silny, co nietypowy związek. On – projektant mody w jej imperium – jest dla swej żony nieustającą inspiracją: kolekcję z 1993 roku na cześć męża Vivienne nazwała: MacAndreas. Ona jest dla niego, jak powiedział: muzą, żoną, kochanką. A że on jest biseksualistą?
To zdaniem Vivienne żadne zagrożenie dla ich związku. „Seks jest przereklamowany” – twierdzi. W wywiadzie dla „The Daily Telegraph” wyznała: „Nigdy nie ograniczałam mężowi wolności. Od lat sam wyjeżdża na wakacje i zupełnie nie obchodzi mnie, co wtedy robi. Wiem tylko, że na pewno przynajmniej pięć razy dziennie zmienia ubranie” (śmiech). Oboje lubią podkreślać, że łączy ich przede wszystkim szczera przyjaźń, wspólna pasja tworzenia i takie samo zamiłowanie do wprawiania świata w osłupienie.
To dzięki niej moda znad Tamizy stała się wyrazista jak nigdy wcześniej i zaczęła się liczyć na międzynarodowych pokazach. Vivienne wydobyła na światło dzienne to, co w brytyjskim stylu najistotniejsze i pokazała to światu. Choć jej projekty były perwersyjne i buntownicze, samo podejście do kwestii stylu na zawsze odmieniło relacje między modą ulicy a tą lansowaną na wybiegach. Granice między jedną a drugą przestały istnieć. A co ona sama uważa za największe osiągnięcie?
„Za swój największy sukces życiowy uważam to, że wiem, kim tak naprawdę są moi synowie (Ben Westwood, fotograf, i projektant bielizny Joseph Corre). Myślę, że niewielu rodziców w dzisiejszych czasach może to samo powiedzieć o sobie i swoich dzieciach. Zawsze dużo rozmawiałam z chłopcami, gdy byli mali, choć nigdy nie pozwoliłam im wejść sobie na głowę”. Jedyną osobą, która może wejść jej na głowę, jest wnuczka.
Prawdziwa sztuka umarła Vivienne Westwood, jak twierdzi, gdyby mogła, porzuciłaby dziś modę i oddała się swoim ulubionym zajęciom – czytaniu i pielęgnowaniu ogrodu. Z taką sama pasją opowiada o książkach Aldousa Huxleya, jak o hodowaniu glistenii na terenie swojej posiadłości z początku XVII wieku, do której dziesięć lat temu, za namową męża, przeprowadziła się ze zwykłego komunalnego mieszkania w Clapham. Uwielbia słuchać Chopina i kontemplować Vermeera.
Współczesną sztuką gardzi. „Prawdziwa sztuka umarła. Została pochłonięta przez krwiożerczy biznes” – podsumowuje. To dlatego prędzej zobaczy się ją w parku w południowym Londynie, jak pomyka w zwiewnej sukience na rowerze ze swoim ukochanym foksterierem Alexandrią, niż na wernisażu w galerii.
Paparazzi nie mają z nią jednak łatwo, bo Queen V nigdy nie wybiera tej samej drogi – ani podczas przejażdżki rowerowej, ani wędrówki poprzez życie. Mówi przewrotnie: „Po co iść utartą ścieżką, jeśli zawsze można wytyczyć sobie nowy, ciekawszy szlak?”.
Joanna JagielskaBulls, Forum, East News, FlasH Press Media, Agencja Gazeta
dla zalogowanych użytkowników serwisu.