po przyjacielsku
Najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. I ludzi, których znamy także. Nasza sympatia jest tym większa, im częściej taką osobę widujemy. Wydawałoby się więc, że nic prostszego: każda bliska relacja przyjacielska powinna mieć szansę na to, by przerodzić się w romantyczny związek. No bo co? Nie zakochasz się w kimś, kogo dobrze znasz i lubisz?
To się zdarza, ale nie każdemu. Ale czy może się zdarzyć tobie? Wszystko zależy od tego, jakich wartości w związku szukasz. Jeśli chcesz od miłości czegoś zupełnie innego niż od przyjaźni – fascynacji nowością, gwałtownych wybuchów uczuć, to pewnie związku opartego na przyjaźni nie stworzysz. Co innego, jeśli szukasz relacji opartej na bliskości, zaufaniu, zrozumieniu.
Justyna do dziś pamięta dzień, kiedy na szkolnym boisku Rafał stanął w jej obronie. Nie przestraszył się silniejszego od siebie łobuza. Nie bał się też śmieszności. Potem tak się składało, że był obok niej zawsze. Specjalnie się nad tym nie zastanawiała – po prostu był i już.
W liceum siedzieli w jednej ławce. Zwierzała mu się ze wszystkich problemów, również tych sercowych. Zarówno wtedy, gdy chodziło o szkolne miłości, jak i potem, kiedy bezsensownie związała swoje życie z zupełnie nieodpowiednią osobą. Moment, kiedy zrozumiała, że łączy ich coś więcej, to też nie był piorun z jasnego nieba. Po prostu kiedyś zadała sobie pytanie, ile ma w życiu naprawdę bliskich osób. I pojęła, że może najważniejszą z nich jest właśnie Rafał. Teraz myśli sobie, że może czegoś w ich związku brakuje, że czasem wolałaby, żeby ich wspólne wspomnienia były bardziej romantyczne, mniej zwykłe, codzienne, ale z drugiej strony wie, że to uczucie ma naprawdę mocne fundamenty. Nie do podważenia.
Jeszcze 10 lat temu, aby spotkać się ze znajomymi, trzeba było się trochę postarać: uczesać, włożyć buty, kupić bilet na tramwaj. A jak się ich zaprosiło do siebie, to potem zostawała sterta brudnych filiżanek i pusta lodówka. Teraz problem zniknął, bo w internecie nie tylko szukamy partnera. Do sieci przenieśliśmy część życia towarzyskiego. To właśnie tam, na Facebooku, gadu-gadu, Naszej Klasie, dowiadujemy się, że Anitka urodziła synka, a Maciek stracił pracę. Wieczorne, komputerowe wizyty znajomych satysfakcjonują nas na tyle, że spotkania w realu często odkładamy na później. W głowie mamy bowiem myśl: przecież wczoraj
się widzieliśmy!
Niania i pisarka znalazły partnerów w internecie
W sieci znalazły partnerów Dorota Zawadzka, najbardziej znana niania w Polsce, i pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta pierwsza tłumaczy, że nie szukała nikogo na dalsze życie. Lubi internet i interesują ją portale społecznościowe. Właśnie na jednym z nich, dotyczącym poezji, poznała swego obecnego męża Roberta Myślińskiego. Coraz częściej i coraz dłużej rozmawiali. Potem umówili się do kina. „Ale nie na komedię, bo jestem świeżo po zabiegu. Jak będę się za bardzo śmiała, to mi się szwy rozejdą!” – prosiła. Poszli na smutny film, ale to nie zaważyło na ich przyszłości. Małżeństwem są od dwóch lat.
Małgorzata Kalicińska długo nie mogła się zdecydować na spotkanie w realu ze swoim obecnym partnerem, konstruktorem okrętów. Chciała jak najpóźniej odsunąć ten przyjemny moment. No i nie rozczarować się. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Dziś jej życie bardzo się zmieniło: pół roku jest w Polsce, pół w Korei, bo właśnie tam pracuje jej ukochany.
Swatanie, kochanie i serc łamanie
Wachlarze, bukiety, szepty, rumieńce. No i oczywiście mazur. Albo polka. W takim rytmie kiedyś szukano mężów z pieniędzmi i dobrą posadą. Bale, baliki, kawy i herbatki tańcujące były szansą na lepsze życie. Młodzi mieli wtedy szansę zgubić tropy zramolałych babek i powiedzieć sobie coś więcej niż: „Jak pani szanowna się czuje?”. Ale bal to była nerwówka przede wszystkim dla matek dorastających panien. Nerwówka i spory wydatek. Bo trzeba było przyjechać do Warszawy, Krakowa czy innego dużego miasta (tu była największa szansa na owocne łowy), co samo w sobie sporo kosztowało. No a potem zaczynał się cyrk z szyciem sukien, wypożyczaniem powozów, napominaniem, żeby być miłą dla pana Henryka, bo „majętny i może cię zechce”.
Satyryczka Magdalena Samozwaniec w opowieści o Krakowie początku XX wieku barwnie przedstawiała roztrzęsione z powodu ewentualnego staropanieństwa córek matrony, gotowe na wszystko, byle tylko zaobrączkować panny sprawnie, niczym ornitolg ptactwo. Orzeszkowa w „Pamiętniku Wacławy” opisuje ciotkę niejakiej Józi, która do rzeczonej przyjechała z prowincji w poszukiwaniu męża. Gdy przez kilka dni Józię adorował bogaty włościanin, ciotka była w skowronkach. Gdy przestał, ze złości zgrzytała zębami. Cóż, Józia rozumem nie grzeszyła, a na salonach błyszczały… intelektualistki. W konserwatywno-patriarchalnej Polsce były niczym rzadkie perły, a takie skrzętnie łowiono.
W latach 20. i 30. partnerów na życie szukano w kabaretach, teatrzykach, kawiarniach literackich. Obyczaje stały się bardziej swobodne. Tańczono na pierwszych dancingach. Kultowa była warszawska Adria. Tam się po prostu trzeba było pokazać! Na salonach kobiece serca łamali ułańscy lowelasi. W latach 50. niecierpliwie czekano na wieczornice. Nagrodą po wysłuchaniu kilkudziesięciu wierszy o „przyjacielu Stalinie” była potańcówka. Na ludowo tańczyło się z chłopakami z ZMP. Mężczyźni wypatrywali żon wśród siłaczek, dla których wyrabianie 300 procent normy to było jak teraz umalować rzęsy. Fajnych chłopaków spotykało się „na czynie społecznym”, na wykopkach.
Na wsi było łatwiej: wiadomo, że w Struzinkach Górnych mieszka Józek, Adam i Franek. Wystarczyło się zjawić wieczorem w klubokawiarni, a oni też tam byli. Potem tylko wspólnie wypić kawę w szklance i znajomość zadzierzgnięta. Nie zawadziło też odrobinę poflirtować. Oczywiście na siermiężny, komunistyczny sposób. Koniec lat 50. to czasy pierwszych prywatek i odważnych wygibasów przy rytmach z Radia Luksemburg. Lata 70. to narodziny dyskoteki. Tam łatwo było o atrakcyjną znajomość. Później poznawano się w opozycji (nadzwyczaj zresztą owocnie – odnotowano wówczas znaczny wyż demograficzny).
Seks w skafandrze
Aż 26 procent wirtualnych romansów kończy się w łóżku. Z badań seksuologa prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika także, że w dobie rozwoju internetu liczba 20-, 30-latków uprawiających seks w realu spadła z 95 do 85 procent. W dodatku 26 procent 25- i 35-latków zaspokaja się… głównie w internecie. Na szczęście, ciągle aż 97 procent ankietowanych deklaruje, że woli kontakt z prawdziwym człowiekiem. Miejmy nadzieję, że nie zmieni tego specjalny skafander do uprawiania seksu na odległość (na razie jest dostępny tylko w Stanach i kosztuje 20 tysięcy dolarów!).
Sonia Ross
foto: Jerzy Gnatowski, shutterstock.com
dla zalogowanych użytkowników serwisu.