Strona 2 z 3
Myślisz, że to jednak nie dla ciebie…
Bo zarejestrować się na portalu randkowym to przecież kompletna porażka – tak jakby przyznać się, że nikt cię nie chciał. Pewnie kiedyś to była prawda – dziś w zdecydowanie mniejszym stopniu. Z portali tego typu korzystają właśnie ludzie tacy jak ty – zagonieni, zapracowani, ci, którzy w pewnym momencie coś w życiu przegapili. Inna kwestia to bezpieczeństwo. Boisz się, czy profil osoby z portalu ma coś wspólnego z rzeczywistością. Czy nie narażasz się na niebezpieczeństwo, grając w ciemno. Psychologowie mówią jednak, że wszystko jest w naszych rękach.
Możemy w znajomość w realu wchodzić powoli, bezpiecznymi etapami, sprawdzając nową znajomość. Spotykać się na początku tylko w miejscach publicznych, nie zdradzać od razu wszystkiego na swój temat, nie zapraszać do domu, nie informować o zbyt wielu sprawach osobistych. W końcu jeśli poznajemy kogoś na spotkaniu służbowym, też nie wiemy o nim niemal nic.
Mąż z ankiety
Biuro matrymonialne? W Polsce działa ich kilkaset. Nikt dokładne nie wie, ile, bo niektóre są tylko wirtualne. Nikt także od dziesięciu lat nie robi badań, które mogłyby ocenić skuteczność ich działalności. Takie badania przeprowadzane są jednak na rynku niemieckim. Najlepsze biura osiągają tam 13-15 procent w skuteczności łączenia małżeństw.
reklama
W Polsce jednym z najstarszych i najbardziej profesjonalnych jest „Czandra”. I chociaż w miłości trudno mówić o rachunku prawdopodobieństwa, to jednak kiedy wypełnimy szczegółową ankietę i wyraźnie powiemy, czego oczekujemy, szansa na znalezienie miłości znacznie wzrośnie. Nawet jeśli po drodze zaliczymy kilka niewypałów. Gosia chciała spróbować. Zwłaszcza że właśnie w „Czandrze” znalazła partnera jej przyjaciółka, której wymaganiom sprostać było trudno. Małgosia aż takich nie miała. Przeciętna dentystka z kawalerką. Na okrągło w białym fartuchu, na ciuchy dużo nie wydaje. I prawie nie wychodzi z gabinetu, więc gdzie go szukać?
Poszła do „Czandry”. Wypełniła szczegółową (160 pytań!) ankietę. Pytaniom miała przyporządkować cyfrę. Im ważniejsze dla niej, tym wyższą. Pytano, po co jej mąż i oczekiwano, by uczciwie odpowiedziała: żebym miała kogo kochać, żebym miała się kim opiekować, żebym miała powiernika i doradcę, żeby mieć dzieci itp.… Długo wypełniała. Usłyszała: zadzwonimy, umówimy panią na kawę. Umówili nazajutrz. Potem znowu. I jeszcze raz. Chciała już zrezygnować, w końcu jednak poszła na kolejne spotkanie. Czwarte z kolei. Czwórka okazała się szczęśliwa.
On był policjantem, pracował w wydziale zabójstw. Skończył psychologię, tworzył portrety psychologiczne seryjnych morderców. Dwie godziny przegadali o… zębach. Jako jedynym, wiarygodnym „elemencie” ciała, dzięki któremu można zidentyfikować człowieka. Nie mogli się nagadać. W końcu on zażartował: – Chyba cię aresztuję. Rozbawiło ją to. – Aresztuj! – przytaknęła. No i zrobił to. – Miał dwie słoneczne cele. Już drugi rok odsiaduję wyrok i dobrze mi z tym – żartuje Gośka. Ślub? Właśnie zaczęli o tym mówić...
Randka w pięć minut Randka pięciominutowa? Ludzie spotykają się w klubie i każdy ma tylko pięć minut, żeby porozmawiać z każdą z obecnych na tej zbiorowej randce osób płci przeciwnej. Po tym czasie – dzwonek! Pora na zawarcie kolejnej znajomości. W ten sposób w ciągu godziny można poznać aż 12 potencjalnych partnerów albo partnerek. A przecież statystycznie rzecz ujmując, im więcej osób poznajemy, tym większą mamy szansę, by trafić na tę właściwą! Może to jest myśl?
Kręcisz nosem na takie nowomodne pomysły i uważasz, że by kogoś poznać i zdecydować, czy ci się podoba czy nie, trzeba trochę więcej niż pięć minut?
Eksperymenty naukowe udowodniły, że to nawet za dużo! Aż 99 procent opinii, jakie wyrabiamy sobie na temat innych ludzi, powstaje w ciągu pierwszych 90 sekund kontaktu. Inne badania wskazały, że do tego, by ocenić, czy jakaś osoba podoba nam się czy nie, wystarczy pierwsze siedem sekund od chwili poznania. Na dodatek najczęściej opinie, jakie wyrobiliśmy sobie przy pierwszym kontakcie, zmieniamy z wielką niechęcią. Jeśli już kogoś polubiliśmy, będziemy za wszelką cenę poszukiwać w nim cech, które to uzasadnią, jeśli nie – przypiszemy im te cechy, które uważamy za mało pożądane.
W psychologii te mechanizmy nazywane są efektem Polyanny (przypisywanie pozytywnych cech osobom lubianym) i efektem Goliata (przypisywanie cech negatywnych ludziom, za którymi nie przepadamy). Sprytni Amerykanie doszli do wniosku, że skoro do tego, by uznać, czy jesteśmy kimś zainteresowani, potrzeba tylko kilku sekund, to pięć minut powinno wystarczyć, byśmy wiedzieli, czy chcemy kontynuować tę znajomość, czy nie. I tak powstała instytucja randek pięciominutowych.
Choć z pewnością nie jest to rozwiązanie dla wszystkich, bo też nie wszyscy mają do poszukiwania miłości tak praktyczne podejście jak Amerykanie, nawet jeśli doświadczenie pięciominutowych randek nie pomoże nam znaleźć partnera, może sprawić, że osoby nieśmiałe i niezbyt doświadczone odblokują się i nauczą łatwiej nawiązywać kontakty. Inna psychologiczna reguła mówi bowiem, że im więcej mamy w jakiejś dziedzinie doświadczeń, tym większą uzyskujemy pewność siebie. Randki takie organizowane są także w Polsce, choć na razie zainteresowanie nie jest zbyt wielkie.
Ewa przeczytała o pięciominutowych randkach w jednej z gazet i postanowiła zaryzykować. Wybrała się do klubu w centrum miasta. Wypełniła ankietę, a potem dostała od organizatorki kartkę z pytaniami. Zdziwiła się. Jak to? To nie mogę zadawać własnych?
– Ależ może pani – uspokoiła ją dziewczyna. – Nasze pytania pomagają nieśmiałym. Takim, którzy w stresującej sytuacji zapominają języka w gębie.
Rzuciła okiem na kartkę: Czy lubisz dzieci? Wolisz góry czy morze? Czym się interesujesz?
Facetów było 15. Tyle samo kobiet. Co pięć minut pani dzwoniła ręcznym dzwonkiem i każdy z mężczyzn przesuwał się na następne miejsce i rozpoczynał rozmowę z kolejną. Minęło półtorej godziny i było po randkach. Kiedy wychodzili całą grupą, ktoś rzucił hasło: A może do pubu? Pub był tuż obok. Poszła z nimi. I poznała tam… świetną dziewczynę, Kasię. To było pół roku temu.
– Ale jest tak, jakbyśmy się znały całe życie – śmieje się Ewa. – Z tamtych chłopaków tylko z jednym utrzymuję kontakt. Ale nie damsko-męski, a przyjacielski. Kasia też nikogo tam nie znalazła. Ale szybkie randki są co dwa tygodnie. W sobotę znów idziemy!
dla zalogowanych użytkowników serwisu.