Podróż to przemiana
Takie traktowanie podróżnika wiąże się z przekonaniem, że nie samo osiągnięcie celu jest najważniejsze – liczy się bycie w drodze, w sytuacji niepewności, wystawienie się na niebezpieczeństwa i trudy. Tym jest pielgrzymowanie – nie chodzi w nim przecież tylko o odwiedzenie świętego miejsca, znanego sanktuarium czy klasztoru, lecz także o poddanie się próbie. Widać to choćby w islamie. Przecież jednym z jego filarów jest hadżdż – pielgrzymka do Mekki (lub, ewentualnie, innego świętego miejsca, na przykład Stambułu, Jerozolimy czy Kairuanu). Ci, którzy ją odbyli, malują na ścianach domów jej symbol – może nim być Czarny Kamień z Kaaby. No i pojazd, którym się przemieszczali.
Kiedyś wystarczyło wybrać się w podróż, wszystko jedno, handlową, wojenną, polityczną, żeby wrócić w nimbie mędrca. Tego, kto wie więcej od innych. Na dziewiętnastowiecznej wsi polskiej do lokalnych autorytetów, obok księdza, wójta czy znachorki – zaliczało się tych, którzy wrócili z długiej służby wojskowej.
Wiara w przemieniający sens podróży pozostała w nas do dziś. Roczna włóczęga, tuż po zakończeniu szkoły, ma młodym ludziom otworzyć oczy, pozwolić wejść w dorosłość. Włóczą się zwłaszcza Australijczycy i Amerykanie. Dziś podróżuje się dużo częściej niż kiedyś. I znacznie łatwiej – sama podróż nie stanowi już właściwie wyzwania. Znajomych powracających z wczasów na Teneryfie nie witamy jak bohaterów. Nie będziemy też szukać mądrości życiowej u kuzynki, która odwiedziła któryś z egipskich kurortów. Podróży, które mogą zaimponować, jest coraz mniej – nawet dwumiesięczna włóczęga po Indiach staje się już czymś powszechnym.
dla zalogowanych użytkowników serwisu.