Kamyk

KamykKorniszon, zwany rzadziej Rafałem Kalickim, był moim kolegą z liceum, który nie wiedzieć czemu postanowił wykształcić się na geologa. Spotkaliśmy się w klasie humanistycznej. Ku zdziwieniu nawet własnych rodziców chudy, zakompleksiony i małomówny Kalicki junior został pracownikiem naukowym najniższego stopnia w całkiem przyzwoitej akademii technicznej. Ale poza tym nic mu się w życiu nie układało.

Nie miał szans na większy awans zawodowy, nie mówiąc już o kobiecie, która dostrzegłaby w nim zalety, dla innych niedostrzegalne. Miał jedną, niewątpliwie przyzwoitą cechę – był pracowity. Nad rozpracowaniem kamyczka z krakowskiego torowiska obiecał posiedzieć dwa wieczory. Choć zupełnie nie wierzył w jakiekolwiek nadzwyczajne właściwości przedmiotu.

– Maja, ty chyba nie dałaś się na to nabrać? – zapytał zgryźliwie. – Profesor zapewne jest tuż przed emeryturą, w tym wieku niektórzy święcie wierzą nawet w Czerwonego Kapturka.

Dyplomatycznie odłożyłam słuchawkę. Geolog dotrzymał obietnicy. Dwa dni później na moim biurku leżała w miarę szczegółowa analiza składu kamienia. Przy biurku stał Korniszon.

– Kochana, kamyczek składa się z tufu, ze sprasowanego popiołu z wulkanu Rano Raraku – oświadczył z dumą w głosie.
– Mówi ci to coś? Nie mówiło. Korniszon przyjął postawę pawia.

reklama

– Twój skarb pochodzi z Wyspy Wielkanocnej. To najprawdopodobniej kawałek moai, jednego z wielu gigantycznych posągów, których pochodzenie wciąż jest zagadkowe. Ty sobie wyobrażasz, że są ludzie, którzy sądzą, że zbudowali je kosmici? – zarechotał kolega z liceum. Przypomniałam sobie, że Rafał Kalicki nigdy nie budził mojej szczególnej sympatii. Przypomniałam sobie również, dlaczego został Korniszonem. Był zdecydowanie za kwaśny. Kalicki obiecał jednak, że zrobi jeszcze kilka dodatkowych badań. Kamień, na kolejne kilka dni, miał pozostać w akademickim laboratorium.

Zaczęłam myśleć. Zielonego pojęcia nie miałam, skąd tufu znalazło się pod krakowskim tramwajem. Postanowiłam pogrzebać w bibliotece i w internecie. I znalazłam. Dowiedziałam się, że moai kryją w sobie wielką tajemnicę, że posiadają niezwykłą, wciąż nierozszyfrowaną energię. Że to kamienie, które potrafią rozpalić w człowieku jego wewnętrzny ogień. Wydobyć z niego dobrą, często ukrytą moc. Wystarczy nosić przy sobie nawet cząstkę głazu, by odczuć jego dobroczynne działanie.

Korniszon zadzwonił o piątej nad ranem. Miałam wrażenie, że był lekko zawiany.
– Ty sobie, Maja, wyobraź, że polska nauka postanowiła wysłać mnie do Północnej Ameryki! – zawył radośnie do słuchawki.
– Dostałem stypendium i to od zaraz! Będę badał Góry Skaliste!
– Winnetou na pewno by się ucieszył – odparłam prawie na śpiąco.

Rano, po pierwszej kawie, poczułam jednak przypływ wielkiego zdumienia. Ostatnią rzeczą, która przyszłaby mi na myśl, to stypendium ufundowane przez zagraniczną uczelnię dla Korniszona. A jednak złośliwe beztalencie, Rafał Kalicki, wszedł nieoczekiwanie na drogę międzynarodowej naukowej kariery. Pozostawał jeszcze kamyk. Korniszon obiecał zostawić go dla mnie przed wyjazdem na portierni akademii. Nie zostawił. Kilka dni później dostałam e-mail z Kalifornii. Korniszon zawiadamiał: „Maja, nie gniewaj się, zapomniałem, kamyk zawieruszył mi się w kieszeni marynarki. Przeleciał ze mną ocean. Obiecuję, że zwrócę ci go. Listownie”.

W załączniku Rafał przysłał jeszcze zdjęcie. Zobaczyłam Korniszona w objęciach bardzo atrakcyjnej Azjatki. Poznanej w samolocie. Czułam, że kamyczek nigdy już nie wróci do Krakowa. Zdruzgotana zadzwoniłam do Rybki.

– To przepysznie! – ucieszył się historyk. – Przynajmniej mamy sprawę z głowy! Wreszcie wszystko wróci do normy! Tylko, do diaska, co ja powiem tej biednej Małgosi?

Pomyślałam, że ludzie bardzo różnią się od siebie. Jednym do szczęścia potrzebna jest moc kamienia, nawet jeśli, jak Korniszon, zupełnie w nią nie wierzą. Dla innych, jak dla profesora, kamień jest tylko kulą u nogi, choćby nawet wierzyli, że czyni on wielkie cuda. Tym ostatnim to, co posiadają tu i teraz, w zupełności wystarcza. Kilka dni później przeczytałam w gazecie, że dyrektor przedsiębiorstwa komunikacyjnego w Krakowie podał się do dymisji. Powód? Tuż za znanym krakowskim mostem nieustająco psuły się tramwaje. Cudowne moce posiada ów kamień. Pani Zosi przywrócił namiętność, panu Ernestowi wenę malarską, a pani Joli młodzieńczą figurę!


Sonia Jelska

Źródło: Wróżka nr 7/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka