Międzylądowanie
Na początku nowego roku Maria udała się na wakacje na wakacjach. W swoim pamiętniku zapisała po powrocie: „Za kierunek obraliśmy kraniec świata, za przewodnika Krzyż Południa i wyruszyliśmy na miesięczną tułaczkę. Każdy krok był dla mnie nowością, odkryciem. Dymiące wulkany, mroźne lodowce, zieleń chilijskiej Patagonii i bezkresna przestrzeń argentyńskiej Pampy. Natura w stanie takiej dzikości i piękna, jakich dotąd nie miałam okazji poznać.
Przemierzaliśmy tysiące kilometrów w leniwej atmosferze kowbojskiej włóczęgi, zawijając z miasteczka do miasteczka, nocując w miejscach, w których zastał nas zmierzch. Taki sposób podróżowania stanowił dla mnie ogromne przeżycie i to z gatunku tych, które zmieniają człowieka nieodwracalnie”. Po miesięcznych wakacjach wrócili do Santiago. Czas szybko mijał na poznawaniu języka, miasta, na długich wieczorach w ogródku i weekendowych wyjazdach nad Pacyfik.
– Nawet się nie obejrzałam, kiedy ważność biletu powrotnego dobiegła końca i nadszedł czas zmierzenia się z decyzją o powrocie. Stanęłam na rozdrożu. Z jednej strony byłam szczęśliwa jak nigdy, z drugiej czekały na mnie nierozwiązane sprawy, trudny związek, firma. Wypoczęłam, w ciągu tego półrocza niemal wszystkie moje smutki gdzieś wyparowały, ale jednocześnie byłam tak zajęta byciem szczęśliwą, że nie wypracowałam dalszego planu. Ani na powrót, ani na zostanie – wspomina.
Kuzyni nadal proponowali gościnę. Bilet zawsze można kupić inny. Ale jednak jakiś kurs w życiu trzeba wybrać. Maria czuła presję. I coraz bardziej ciążyła jej niepodjęta decyzja. Osobliwa pomoc w rozwiązaniu tego dylematu przyszła z zewnątrz. Pewnego dnia przyjaciółka zadzwoniła z informacją, która dla niej samej była szokiem. Mężczyzna Marii zdążył w czasie jej pobytu w Chile ponownie się zakochać, a nawet dojrzeć do decyzji o ślubie, który odbył się na krótko przed jej planowanym powrotem.
Powoli hobby zaczęło przynosić kieszonkowe. W którymś momencie pomyślała: „Dlaczego nie spróbować zająć się tym na poważnie?”. Pomysł szybko przerodził się w plan. Tak powstała nowa firma – sklep internetowy: www.andyjskadolina.com. Wiedziała, że musi wybrać jedną markę i na niej się skoncentrować.
Wybór padł na kremy AndesValle, przede wszystkim ze względu na dobry kontakt, jaki już od dłuższego czasu miała z ich twórcą, wykładowcą na jednym z lokalnych uniwersytetów. Po kilku miesiącach pierwsza partia kosmetyków z andyjskich dolin trafiła do Polski. Po niemal 20 latach Maria zaczęła znów od zera.
– Lubię to, co robię i cieszy mnie, że mogę sprawiać radość innym. Najsilniej widać to chyba w przypadku kremu ze śluzu ślimaka, który ogromnej liczbie osób pozwala pożegnać się z uciążliwymi problemami skóry.
Czytając list od rodziców, którzy z trudem wierzą w znikającą bliznę pooparzeniową dziecka czy list od nastolatki, której udało się doprowadzić do porządku jej trądzikową skórę, czuję ogromną satysfakcję. To coś więcej niż rozwijanie firmy. Jak patetycznie by to brzmiało – odczuwam radość, gdy wiem, że poleciłam komuś produkt, który namacalnie odmienił jego życie – mówi.
Nowe życie
Maria podjęła radykalne decyzje i ich nie żałuje. Mówi, że ciągle się tu uczy. Przede wszystkim nowego spojrzenia na rzeczywistość, na to, co ważne i na to, co może poczekać. Nie pragnie już – jak kiedyś – kariery w biznesie.
– Oczywiście, nie da się żyć w oderwaniu od materii – tłumaczy – ale kiedy ciepłą chilijską jesienią przychodzi czas zbiorów, kiedy rozkładamy koce na pachnącej słońcem trawie, kiedy z butelką wybornego chilijskiego wina spędzamy całe popołudnia na łuskaniu migdałów, nie potrzeba mi nic więcej. W takich momentach lubię położyć się na plecach i spoglądając przez gałęzie drzew na lazur nieba, zatopić się w chwili, która trwa. Nacieszyć się tym, że jestem tu i nigdzie indziej.
Maria Dracz
dla zalogowanych użytkowników serwisu.