Tę więź z własną, niedocenianą dotąd ziemią, z wyrażaniem przywiązania do źródeł poprzez taniec i śpiew wzmocniły w Monice studia. Było Studium Sekretarek, kurs pilotów wycieczek, kurs instruktorski polskich tańców ludowych i wreszcie etnologia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale szukała dalej. Nie chciała już tańczyć wyłącznie góralskich tańców, bo wcale nie czuła się góralką. Śpiewała pieśni ukraińskie i coraz częściej polskie. Kupiła sobie strój krakowski i zaczęła uczyć tańca innych. Na festiwalach, warsztatach, ale bywało, że i w kawiarniach.
– Poczułam się wreszcie w swoim żywiole, nie tylko w tańcu irlandzkim, ale i w oberku, i w chodzonym – przyznaje Monika. – Już nie chciałam być piosenkarką z telewizji. Chciałam tańczyć na ludowo i, wbrew swoim wcześniejszym wyborom, coraz bardziej na ludowo żyć.
Nagle wszystko zaczęło się toczyć w zawrotnym tempie, jak nie przymierzając w oberku. Któregoś dnia Monika kupiła bilet do Poznania i wstęp na renomowany kurs choreoterapii, na którym dowiedziała się, że ludowe tańce w kręgu mają magiczną moc. Potrafią przemieniać ludzi, są w stanie wydobyć radość życia z największych introwertyków i nerwicowców. Nawet z biznesmenów w ciężkiej depresji. I z tych także, którym wydaje się, że świat niczym ich już nie może zaskoczyć, którzy przed światem zamknęli się we własnych domach. I tych wreszcie, którzy może chcieliby wyjść z domów, chcieliby nawet zatańczyć, ale się boją, wstydzą, są pewni, że już albo jeszcze nie potrafią...
– Zazdroszczę ci, potrafisz zatańczyć wszystko, co zechcesz – zwierzyła się kiedyś Monice jedna z koleżanek.
– Ja też bardzo bym chciała kiedyś zatańczyć w kręgu. Ale nie umiem...
– Ależ zapewniam cię, że umiesz – odpowiedziała. – Udowodnię ci to. Zresztą nie tylko tobie, droga babo.
Jeszcze tylko samej sobie musiała udowodnić, że nie chce już więcej mieszkać w mieście. Pomógł jej w tym pewien Przemek, który przyjeżdżał aż z Sosnowca, by uczestniczyć w warsztatach tańców ludowych. Spojrzeli na siebie, inaczej niż dotąd nieoczekiwanie w... walczyku. Przemek zostawił Sosnowiec i zamiłowanie do krajobrazów industrialnych. Bo tak jak stare górnicze szyby i cegielnie kochał również starą polską wieś. A teraz pokochał także Monikę.
Baba nie musi siedzieć w domu, bo baba jak chce, to wszystko może – nawet zorbę zatańczyć.
Powrót do źródeł, do rodzinnego domu w Tenczynku zbiegł się w czasie z wieloma zdarzeniami. Po pierwsze Monika zapisała się do Koła Gospodyń Wiejskich. Nie tylko po to, by głębiej i mocniej uczestniczyć w życiu kobiet z rodzinnej wsi. Po to także, by słuchać ich opowieści, wsłuchać się w ich doświadczenie i mądrość.
– Odkryłam, że te kobiety mają niezwykłą zdolność niekomplikowania sobie życia – wyjawia Monika. – Dla nich rzeczy najprostsze są najważniejsze. Ważna jest rodzina. Ale też kultywowana tradycja, która przejawia się w dynamicznym, wspólnym działaniu na rzecz całej społeczności. Liczy się szacunek dla człowieka i chleba. I wbrew temu, co sądziłam wcześniej, tak samo liczy się przyszłość, jak przeszłość.
Dlatego właśnie wiejskim kobietom Monika chce poświęcić książkę. Jak też warsztaty podczas słynnego już kobiecego festiwalu Progressteron.
Tymczasem na świecie i w świecie Moniki pojawiła się Milena. Zjawiła się dwa lata temu, rok po tym, jak Monika i Przemek zatańczyli walczyka. I zamieszkała wraz z rodzicami w rodzinnym domu Moniki. Po to, by kiedyś zbierać poziomki w sosnowym lesie, obok ruin pobliskiego zamku, a potem śpiewać w kościelnej scholi. Może także po to, by się kiedyś przeciw temu zbuntować...
– Moje życie zatoczyło krąg – zapewnia Monika.
– Jestem pewna, że ten krąg nazywa się przeznaczeniem.
Wtedy zrozumiała, że jeśli człowiek wierny jest sobie, swoim przekonaniom i pasjom, to los znajdzie mu w końcu miejsce na ziemi. Zatem los albo przeznaczenie sprawiły, że Monika występuje dziś z wiejskimi gospodyniami na dożynkach, że przed świętami przygotowuje z nimi stroiki i pisanki, że w Kole Gospodyń Wiejskich, bez obciachu, za to z radością nuci wiejskie przyśpiewki. Że w pobliskim Zabierzowie założyła zespół Tanecznice, gdzie kobiety ze wsi i z miasta, w każdym wieku, niezależnie od wykształcenia i losu zakładają korale, chusty i kolorowe spódnice. A potem uczą się prostych kroków i równie prostych sposobów na wyrażenie radości życia. I z którymi, po izraelsku i po francusku, tańczy i w Dniu Seniora, i na Święcie Ziemniaka.
– I nie robimy tego po to, by nas ktoś podziwiał, raczej po to, by się zdziwił, że baba nie musi siedzieć w domu, bo baba, jak chce, wszystko może, nawet zorbę zatańczyć – wyjaśnia bizneswoman Dorota, która tańce w kręgu z Moniką uważa dziś za największą przygodę ostatnich lat. Dlaczego Dorota nazywa siebie babą?
– Bycie babą, także wiejską babą, nobilituje – wyjaśnia. Bo baba, wiejska czy miejska, wie, czego w życiu chce. Kiedy ma zamiar tańczyć, po prostu tańczy.
Monikę i jej tanecznice można dziś nadal spotkać również w Krakowie. Raz w tygodniu, w ośrodku rozwoju osobistego Złoty Most kobiety, które nigdy wcześniej się nie spotkały, biorą się za ręce i zaczynają od chodzonego...
– Kiedy tańczymy razem, porusza się kilkadziesiąt stóp, kolan, rąk i serc – mówi Monika. – Tworzymy wspólnotę, która podobnie czuje, która przestaje oceniać, podglądać, rozmyślać, a zwyczajnie, po babsku, zaczyna się radować.
Która wreszcie zaczyna tworzyć własną historię. Może to być opowieść o pewnej tanecznicy, która na próżno szukała szczęścia w Krakowie i Cannes, i Genewie. I która, zanim wreszcie znalazła to, co dla niej najważniejsze, długo uciekała przed przeznaczeniem.
Tekst: Sonia Jelska
Fot.: Paweł Rucki
dla zalogowanych użytkowników serwisu.