Strona 2 z 2
Kiedy Jerzy spotkał Ilonę, był już po odwyku. Od trzech lat nie wziął do ust kropli alkoholu. To był dla niego dobry moment. Już wiedział, że jest silny. Że już nie chce być policjantem i nie chce karać ludzi za ich złe uczynki, ale im skutecznie pomagać. Postanowił zostać w Krakowie, gdzie trafił na odwyk. Razem z bratem prowadził tuż przy największym dworcu ekumeniczną księgarnię. Zaglądali do niej ci, którzy chcieli znaleźć Boga i ci, którzy choć na chwilę chcieli znaleźć ciepły kąt. Ale Jerzy coraz częściej myślał o tym, że chwilowy kąt to dla bezdomnych zdecydowanie za mało.
Chcieliśmy powołać do życia wspólnotę, wielką rodzinę. Rodzinę, w której nikt nikomu niczego nie narzuca. W której przede wszystkim liczy się miłość. Bo ona zwycięża każdą przeszkodę.
Kto wie, co by było, gdyby policjant nigdy nie spotkał lekarki, o której nie tylko bezdomni snuli już wówczas legendę? Kto wie, co by było, gdyby nie połączyła ich miłość i gdyby się z tej miłości nie pobrali? A potem razem, ręka w rękę, nie wytoczyli wojny ciężkiej chorobie, zwanej bezdomnością.
– Jest tak, jak kiedyś przeczuwałam – nadzwyczajne spotkania i sprawy, ale także przemiany w ludzkich sercach nigdy nie dzieją się przypadkiem – zapewnia z uśmiechem Janosikowa. Nieprzypadkowo więc dla tych, którzy nie mają się gdzie podziać, Ilona i Jerzy postanowili stworzyć prawdziwy dom. Nie noclegownię, w której można liczyć jedynie na łóżko lub kawałek podłogi. I to wyłącznie od zmierzchu do świtu, bo w ciągu dnia takie miejsca zamykane są na cztery spusty. I nie przytułek, w którym panują iście wojskowe zasady, których złamanie oznacza powrót na ulicę.
– My chcieliśmy powołać do życia wspólnotę, wielką rodzinę – wyjaśnia doktor Ilona. – Rodzinę, w której nikt nikomu nic nie narzuca, w której każdy daje z siebie tyle, ile potrafi, w której przede wszystkim liczy się miłość.
Bo to miłość jest w stanie przezwyciężyć największe przeszkody. A przeszkód było wiele. Dotyczyły spraw najprostszych, choćby takich, jak pieniądze, których zresztą mimo różnych publicznych dotacji wciąż Koniecznym brakuje. Jak znalezienie odpowiedniego lokum dla rodziny.
reklama
Jak stworzenie formalnych ram dla jej istnienia. By formalności stało się zadość, Ilona i Jerzy osiem lat temu założyli Stowarzyszenie Betlejem, związane z Kościołem Zielonoświątkowym, do którego po wielu duchowych poszukiwaniach zaczęli należeć.
Najpierw do rodziny trafili Gosia i Gienio. Wyrwani z kanałów, zamieszkali w mieszkaniu wynajętym przez Ilonę i Jerzego w zrujnowanej kamienicy. W zamian za remont, potem za niewygórowany czynsz. Rodzina rozrastała się z impetem, ostatecznie liczyła ponad trzydziestu członków, zajęła trzy mieszkania. W lipcu tego roku musiała jednak zmienić adres, bo właściciel kamienicy postanowił zamienić ją w pensjonat. Bezdomni Janosikowej i jej męża przenieśli się... do opustoszałego, dawnego komisariatu policji. Jego remont, dzięki zaangażowaniu całej rodziny i wielu dobrodziejom, właśnie się kończy.
– Zostałem komendantem – śmieje się Jerzy, choć wie, że to nie typowe kłopoty policjanta, lecz tuzin problemów ojca ponad 30-osobowej rodziny spędza mu dziś sen z powiek. Choćby taki, że wciąż brakuje węgla, żeby ogrzać dom w zimie. Dom, gdzie oprócz Gosi i Gienia zamieszkał wdowiec Wojtek, który potrafi budować piękne mieszkania, ale jest tak schorowany, że nikt nie chce go przyjąć do pracy. I plastyk, który skończył akademię, a przez narkotyki o mały włos nie skończył z życiem. I syn pewnego znanego lekarza, który wypił tak dużo wódki, że przestał cokolwiek czuć. I były menedżer, który trafił pod most, choć kiedyś sąsiedzi zazdrościli mu zbytków.
I kilku starszych panów, o których zapomnieli bliscy, jak również najwspanialszy w świecie kuchmistrz Marian, którego stale coś odciągało na ulicę, choć miał kochającą rodzinę. Z tej drugiej, nowej rodziny, też odchodził. Bywało, że domownicy nie mogli się doczekać obiecanego wcześniej przez niego obiadu, bo – ku zmartwieniu wszystkich – wyszedł rano i przez tydzień nie wracał. Lecz kiedy wracał, wspólnota przyjmowała go z otwartymi ramionami. Zgodnie z zasadą, że każdy, nawet ten, kto mocno zawali, ma w normalnej, kochającej się rodzinie szansę na wybaczenie.
Co ta szansa właściwie oznacza? – Oznacza, że ci, którzy rzeczywiście tworzą naszą wspólnotę, prędzej czy później muszą się dla niej, dla siebie samych zmienić. Muszą nauczyć się kochać. I siebie, bo warto, i tych, którzy kochają ich mimo błędów, mimo wszystko – dodaje Jerzy.
I zapewnia, że to naprawdę działa!
– Dzieje się tak być może dlatego, że gdy spada na nas taka wybaczająca i konsekwentna miłość, w ostatecznym rozrachunku musimy na nią odpowiedzieć. Jeśli odpowiemy twierdząco, ponosimy konsekwencje takiego wyboru. Musimy zrobić wszystko, byśmy byli jej godni.
Ilona dopowiada, że dopiero kiedy człowiek bezwarunkowo otworzy się na miłość, może w jego sercu dojść do prawdziwej przemiany. Przemiany, która także dokonała się kiedyś w niej samej, bo choć w przypadki może nie wierzyła, to przecież, tak naprawdę, nie do końca ufała miłości.
Sonia Jelska Wszystkim, którzy chcieliby wesprzeć rodzinę bezdomnych
przy Stowarzyszeniu Dobroczynnym Betlejem Ilony i Jerzego Koniecznych,
podajemy numer jego konta:
ING BS O/Kraków
84-1050-1445-1000-0022-3352-9748
dla zalogowanych użytkowników serwisu.