Latem 1979 roku na cmentarzu w Kruszynianach zaczęła myśleć o sobie jako o Polce tatarskiego pochodzenia.
– Poczułam zew krwi, zew ziemi – uśmiecha się Dżenneta. – Wiedziałam, że muszę tam wrócić, ale też los sprzyjał mojej przeprowadzce w rodzinne strony. Poznałam Mirka, który pochodzi właśnie z Kruszynian! Pobraliśmy się, zamieszkaliśmy na stałe w Supraślu.
Tam urodziły się nasze córki: 26-letnia dziś Dżemila, trzy lata młodsza Elwira i 18-letnia Tamira.
Mirek otworzył sklep, ja pracowałam w Parku Krajobrazowym Puszczy Knyszyńskiej i jednocześnie kończyłam historię. Napisałam pracę magisterską o repatriacji Tatarów wysiedlonych ze swoich ziem w czasie II wojny światowej. Rozmawiałam z dziesiątkami rodaków, dowiadywałam się coraz więcej o naszej przeszłości. Do Kruszynian zaglądałam co kilka dni: tu mój teść miał dom, postawiony na ziemi podarowanej niegdyś jego rodzinie przez Jana III Sobieskiego. Szybko zaczęłam też oprowadzać wycieczki po meczecie i cmentarzu. Turyści odwiedzający meczet bywali głodni i spragnieni. Postanowiła więc zapraszać ich na specjały kuchni tatarskiej do skromnego domku teściów.
Nikt nie wierzył, że ktokolwiek zechce skorzystać z jej gościny. Początkowo robiła tylko pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto przekładane mięsem, kołduny i drożdżówkę. Wszystko według oryginalnych przepisów mamy i teściowej. Turyści wracali i dopominali się kolejnych potraw z kuchni tatarskiej. Jej specjały polecali też innym. Goście szybko przestali mieścić się w małej izbie, Dżenneta z Mirkiem rozbudowali dom.
– Nie dawałam rady pracować na dwa etaty. Złożyłam wymówienie, przeniosłam się na stałe do Kruszynian i zostałam właścicielką gospodarstwa agroturystycznego – uśmiecha się Dżenneta. – Sława Tatarskiej Jurty, bo tak nazwałam swoje gospodarstwo, rozeszła się pocztą pantoflową. Szybko dorobiłam się stałych klientów. Do dziś niektórzy wielbiciele kuchni tatarskiej przyjeżdżają tu specjalnie na jeden dzień: rano wsiadają w auto, wpadają na śniadanie, potem wychodzą na spacer do meczetu i na cmentarz tatarski. Dzień kończą obiadokolacją, po czym wracają – czasem kilkaset kilometrów – do domu.
W ślad za koneserami nowych smaków ruszyli tu Tatarzy z Białegostoku i okolic. Zaczęli wykupować działki, budować domy, przyjeżdżać na weekendy, wpadać do Dżennety na niezrównaną jagnięcinę z pilawem czy kryszonkę.
Jej marzenia o wskrzeszeniu wspólnoty Tatarów zaczęły się spełniać…
– Ale przecież nasze dziedzictwo to nie tylko oryginalna kuchnia – uśmiecha się Dżenneta. – Dlatego przed czterema laty zorganizowałam w Kruszynianach festiwal kultury i tradycji Tatarów. Były występy zespołów, taniec, śpiew, pokazy rękodzieła. Impreza na stałe wpisała się w kalendarz gminnych uroczystości. W ubiegłym roku na festiwal przyjechało ponad sześć tysięcy ludzi! Życie wróciło do Kruszynian. Historia nie tylko mojej rodziny zatacza koło: potomkowie wysiedlonych stąd Tatarów wracają na ojcowiznę. Mam nadzieję, że ciocia Dżanet jest ze mnie dumna…Viola
„Odnalazłam brata i zrozumiałam, że nie jestem sama na świecie”.
Sierpień ubiegłego roku był parny, gorący. Violetta Zakrzewska cieszyła się na pierwsze wspólne wakacje z bratem. Czekała na nie ponad 30 lat. Od takiego mniej więcej czasu wiedziała, że gdzieś w Polsce żyje jej przyrodni brat, Grzesiek. Syn jej ojca, który nigdy w pełni jej nie zaakceptował, nie powiedział, że ją kocha, cieszy się, że żyje.
– Jestem nieślubnym dzieckiem, owocem letniego romansu mamy – uśmiecha się Viola. – Moja historia zaczęła się w Międzyzdrojach, gdzie mama, wówczas 33-letnia plastyczka, poznała 27-letniego inżyniera połowów dalekomorskich. Dla niej to była miłość życia, dla niego wakacyjna przygoda, która niespodziewanie zakończyła się dzieckiem. Spotykali się przez kilkanaście dni, w sierpniu 1963 roku. Potem mama wróciła do Trzebini, a on do Szczecina. Viola widziała ojca tylko dwa razy w życiu: na korytarzu kliniki w Krakowie, gdzie poddano go, niezbędnym do zasądzenia alimentów, badaniom na oj-costwo. Miała siedem lat. Kiedy widzieli się drugi raz, studiowała pedagogikę w Krakowie i wystąpiła o podwyższenie alimentów. Wtedy już wiedziała, że kiedy ona przyszła na świat, ojciec ożenił się z inną kobietą i ma z nią syna, Grzegorza. Ledwie dziesięć miesięcy młodszego od niej.
– Wtedy nie myślałam o tym, żeby go odszukać – uśmiecha się. – Byłam zakochana, szykowałam się do ślubu. Pragnienie poznania brata pojawiło się, kiedy jej dzieci, Piotrek i Zuzanna, zaczęły dorastać. Nasiliło po rozwodzie i śmierci mamy. Nagle poczuła, że została na świecie sama. Była przekonana, że Grzesiek mieszka w Szczecinie, szukała go przez zaprzyjaźnionego dziennikarza. Bez skutku. Wybawieniem okazał się portal Nasza Klasa.
– Początkowo wpisywałam w wyszukiwarkę jego imię, nazwisko i Szczecin. Niestety, jego imiennicy byli albo zbyt młodzi, albo za starzy. Wreszcie, na początku lutego ubiegłego roku wklepałam jego dane bez podawania miasta. Wyskoczyło kilkadziesiąt zdjęć. Kliknęłam w pierwsze i… to był on. Tego samego dnia napisałam mail: „Prawdopodobnie jesteś osobą, której szukam. Ale najpierw muszę zapytać, czy twój ojciec miał na imię Wiesław”. Po dniu milczenia dostałam odpowiedź: „Tak, ale dlaczego pytasz?”. Z drżącym sercem wystukałam: „Prawdopodobnie jesteś moim bratem”. Po sekundzie w mojej skrzynce mailowej pojawiło się zdanie: „No to fajnie, że się odnaleźliśmy!”.
Początkowo wymieniali się mailami. Dzięki nim poznała historię swojej rodziny ze strony ojca.
– Szybko zdecydowaliśmy się na spotkanie. Najpierw na wspólną Wielkanoc, potem na tydzień wakacji w moim domu, w Trzebini – uśmiecha się Viola. – To było najbardziej niezwykłe lato w moim życiu. Okazało się, że mamy dzieci w tym samym wieku: mój syn Piotrek jest rówieśnikiem bliźniaków Grzesia, też Piotrka i Maćka. Żeby było śmieszniej, mój syn jest kucharzem, podobnie jak jeden z bliźniaków! Ale nie to jest najważniejsze: okazało się, że jesteśmy do siebie niezwykle podobni. Mamy takie samo poczucie humoru, to samo nas interesuje!
W najbardziej niezwykłe wakacje życia Violetta z samotnej jedynaczki stała się siostrą, ciocią czwórki dzieci Grzegorza. Przede wszystkim jednak przyjaciółką niezwykłego faceta, którego nie widziała przez 43 lata, a z którym jak z nikim innym może milczeć bez skrępowania. Śmiać się. Pokazała mu Kraków, a on zabrał ją do przyrodniego brata ojca. Widziała, z jaką dumą opowiada o niej, o jej domu, o tym, jak sobie radzi.
– Poczułam, że jestem pod czyjąś opieką – uśmiecha się. – Razem z Grześkiem pojawiło się w moim życiu zupełnie nieznane mi uczucie bezinteresownej miłości. I poczucie bezpieczeństwa: nie jestem sama. Mam kogoś, kto mi pomoże i komu ja mogę dać coś z siebie.
Żona Grzesia wypowiedziała zdanie, które na długo zapadło jej w pamięć:
– Dlaczego nikt im wcześniej nie powiedział, że są rodzeństwem? Dlaczego zabrano im tyle wspólnych lat?
Viola do dziś nie potrafi znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Czasem myśli jednak, że być może wcześniejszego spotkania nie potrafiłaby tak bardzo docenić.
Tekst: Elżbieta Turlej
Fot.: Corbis, Małgorzata Iwanicka,
archiwum prywatne D. Bogdanowicz i V. Zakrzewskiej
dla zalogowanych użytkowników serwisu.