Barbara w krainie słońca

Barbara w krainie słońca
W domu Barbary Polak (www.willawegipcie.pl) spotkania towarzyskie to już rytuał. Cotygodniowy zwyczaj. Pyszna kolacja i zabawa do białego rana. Egipcjanie, Włosi, Francuzi, oryginalne wnętrze, „bigos po tajsku”, muzyka, taniec i śpiew. 

Etat w raju

– Chociaż byłam na to już w pewnym sensie psychicznie przygotowana, bo większość kolegów została odesłana na „odpoczynek”, a projekt kończył się półtora roku później, nie było mi łatwo – wspomina. Ale przyznaje też, że już wcześniej zaczęła się rozglądać za jakimś ciepłym miejscem do życia. Nie wyobrażała sobie, żeby tak po prostu bezczynnie osiąść w Konstancinie. Od lat prowadziła bardzo intensywne życie, pracując po 14 godzin dziennie. Chciała nadal działać. A że zimy w Polsce zawsze ją przygnębiały, kiedy tylko mogła, chociaż na kilka dni próbowała się gdzieś wyrwać. Zawsze najchętniej, rzutem na taśmę, wyskakiwała właśnie do Egiptu.
– Pomyślałam, że to blisko Europy – tłumaczy swój wybór Barbara. – Tylko cztery godziny lotu. Słońce świeci tam na okrągło, deszcz kropi raz na trzy, cztery lata, a rodzina i przyjaciele będą mieć fajną wakacyjną bazę.

Przyspieszyła działania, kiedy tylko dostała kwitek, tak żeby nie było w życiorysie żadnej luki. Od czasu, kiedy zaczęła się rozglądać za swoim egipskim miejscem, do momentu podjęcia decyzji minęło zaledwie pół roku. Obejrzała kilkanaście domów, począwszy od psiej budki po bajkowy kawałek ziemi nad samym morzem... z domem w trakcie budowy. Z pięknym patio, na którym rosną trzy ogromne palmy. Kiedy tylko je zobaczyła, poczuła, że to właśnie tu chce żyć, chociaż ta posiadłość zdecydowanie nie była na jej kieszeń. Poczucie przynależności okazało się jednak silniejsze niż przeciwności losu.

reklama

Bukra, czyli jutro Shuaje, czyli powoli

Zdecydowała się sprzedać w Polsce kawałek ziemi i wziąć kredyt. Decyzja o wyjeździe zbiegła się z jeszcze innymi osobistymi perypetiami. Była w trakcie rozwodu. I chociaż większość kobiet w podobnej sytuacji kompletnie traci grunt pod nogami, Barbara postanowiła się nie poddać. Wręcz przeciwnie. Postawiła wszystko na jedną kartę. I w wieku pięćdziesięciu kilku lat zaczęła życie od nowa.
– Trochę się bałam. Wiedziałam, że to bardzo duże ryzyko – mówi z uśmiechem Barbara. – Starałam się jednak je sumiennie monitorować, na bieżąco analizować, czy się nie zwiększa.

Zaczęła współpracę z prawnikiem. Szukała kontaktu z cudzoziemcami, którzy mieli w Egipcie swoje domy i osiedlili się tam już dawno. Umowę kupna w zasadzie napisała sama od nowa. Zresztą została ona z trudem zaakceptowana przez osobę sprzedającą.
Egipcjanie nie są przyzwyczajeni do takich szczegółowych kontraktów, zabezpieczeń. A Barbara dyskutowała każdy detal, na granicy kłótni, szczególnie, że tambylcy nie mają zwyczaju traktowania kobiety jako partnera w rozmowie. Zanim wyrobiła sobie u nich respekt, straciła dużo nerwów i czasu. Przyzwyczajona była do tego, że ma własne zdanie i wiedzę.

– W końcu jestem inżynierem. Jak mi ktoś wmawia, że woda ma popłynąć pod górę, to mówię: no dobrze, zrób, jak uważasz, ale potem to ty zapłacisz za zmianę, jeżeli ona nie będzie pod górę płynęła. Parę razy moi fachowcy musieli robić od nowa – śmieje się Barbara.
W Dahab nauczyła się cierpliwości.
– Jestem osobą, która dosyć szybko żyje. Chwilę myślę, a potem chcę, żeby już wszystko działało – opowiada. – A Egipt to inny świat. Mój syn mówił: „Mamo, ty się tam nie zmieścisz!”.
A jednak. Szybko nauczyła się jednego słowa, które tambylcy powtarzają w kółko: bukra, czyli jutro. Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro. Fachowiec jak w PRL-u, z „Alernatywy 4”. Zawsze najmądrzejszy i ważniejszy od ciebie, jak mówi, że przyjdzie o 10 rano, a przychodzi o 5 po południu, to i tak trzeba się cieszyć, że w ogóle się pojawił. Więc już nie czeka. Bierze rower i jedzie na plażę. Ma ze sobą telefon, kiedy zadzwonią, wraca. Prosta metoda. Bez stresu. Chociaż czasami trafi ją jednak szlag, kiedy musi po fachowcach sprzątać:
– „Bóg” majster wychodzi, a ty nie poznajesz własnego domu. Cement jest wszędzie. Ale te kolory, ta rafa koralowa jest jak katharsis – dodaje jednym tchem Barbara.

W Egipcie zaaklimatyzowała się błyskawicznie. Zapuściła korzenie i już raczej nikt nie powie o niej „cudzoziemka”, a po prostu „Basia”. Bigos to raczej po tajsku

Zaaklimatyzowała się błyskawicznie. Dzisiaj ma w Dahab samych przyjaciół. Wśród cudzoziemców tam mieszkających i tambylców. Sąsiada beduina, Egipcjanina, Włocha, Francuza.
– Tam jest mój dom – mówi. – Wszyscy, którzy mnie odwiedzają, nie mogą się nadziwić, jak bardzo zapuściłam już korzenie. Pamiętam, jak sąsiedzi serdecznie powitali moją rodzinę. Wzruszyłam się i to chyba wtedy poczułam pierwszy raz, że jestem u siebie.

W Dahab znają ją wszyscy. I wszyscy ją lubią. To u Basi, tak do niej mówią, odbywają się cotygodniowe obiady. Taki zaprowadziła zwyczaj. Każdy przynosi jakieś specjały, a potem dzielą się kosztami. Najczęściej gotują Włosi. Im to najlepiej wychodzi. W Egipcie nie ma składników, z których można przyrządzić coś, co będzie przypominało polską kuchnię. Bigos? Raczej po tajsku.

– Poza tym polskie potrawy są bardzo czasochłonne – śmieje się Barbara.
– Gdybym miała lepić pierogi, urobiłabym się, a nie o to przecież chodzi.
Na targu można kupić prawie wszystko, czego dusza zapragnie. Owoce morza, wszystkie ryby. Czerwone curry, zielone curry. Każde warzywo. Jak za dawnych czasów z polskich ogródków. Jest pole do popisu. Trochę limonki, łyk mleka kokosowego i jest jej ulubiony tajski smak. A do tego goście, sąsiedzi, muzyka, wino i rozmowy pod gwiazdami do białego rana. Jak za dawnych czasów we Wrocławiu.

Z każdym rokiem o rok młodsza

– Chcę jak najdłużej być w dobrej kondycji – mówi Barbara. – I nie obciążać sobą dzieci. Zdarza się, że kiedy nasze życie zawodowe się kończy, mamy skłonność, żeby żyć życiem innych. Najczęściej własnych dzieci. Zaczynamy je połykać, a one się przed tym naturalnie bronią. Zaczynamy też oczekiwać, że dzieci będą żyły naszym życiem. Bałam się tego. Dlatego dalej to ona jest mamą i babcią, która zaprasza do siebie swoich synów, ukochanego wnuka i o nich dba. I organizuje wakacje, jak kiedyś. A potem, kiedy gwar już ucichnie... uśmiechnięta biegnie oglądać wschód słońca. Kiedy wraca z plaży, na tarasie rozkłada matę i ćwiczy jogę.

Dzisiaj, w wieku 60 lat, jest w lepszej kondycji, niż była, mając 50 lat.
– Wielu moich przyjaciół twierdzi, że wyglądam młodziej niż dziesięć lat temu – uśmiecha się Barbara.
Coś w tym musi być... Właśnie rozmawia z przyjaciółką Włoszką o podróży do Jemenu, Syrii i Sudanu.... Bo ciągle chce jej się do ludzi, świata, wrażeń. Ciągle chce jej się żyć. Więc planuje i działa.
– Codziennie otwieram oczy i czekam na promienie – mówi spokojnie Barbara. – W historii świata kult boga słońca trwa już wiele tysięcy lat. Nie bez przyczyny. Naładowani ciepłem emanujemy nim potem wobec znajomych i nieznajomych. Stąd Egipt. Stąd Synaj. Podobno słońce nigdzie nie świeci właśnie tak, jak tam.


Karolina Morelowska

Źródło: Wróżka nr 5/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka