Zwyczajne niewidzenie

Opowiedzieć laurkę

Od początku chciała wypracować taki kontakt z uczniami, żeby jej niewidzenie traktowali jak kolor oczu, wzrost, jak to, że jeden ma krzywe zęby, a drugi proste. By była to jedna z cech pani psycholog.
– Doskonale pamiętam pierwszą lekcję. Z chłopcami. Temat: komunikacja. Było we mnie tyle energii! Towarzyszyła mi pani pedagog. Kiedy powiedziałam, że kompletnie nie widzę i w związku z tym pewnych rzeczy robić nie warto, bo one nie będą służyły komunikacji, byli zaskoczeni. Mówiłam głośno i prosto, żeby przesłać im jasny, czytelny komunikat. Że nie ma sensu podnoszenie ręki i lepiej powiedzieć swoje imię. Choć i ten sposób okazał się zawodny, kiedy zaczynał mówić chór. Ale gdy już dobrze poznałam klasę, a uczniowie siedzieli na tych samych miejscach, byłam w stanie odróżnić po głosie Patryka z pierwszej ławki od Edka z ostatniej.

Dzieci ją lubią. Chyba, bo trudno samej to ocenić. Niedawno w aptece, gdzie stanęła w długiej kolejce: usłyszała „Ja jestem trzeci, ja pani kupię, co trzeba”. Albo idzie ulicą, a dzieci wołają: „Dzień dobry”. Nie muszą. I tak ich nie widzi. Albo dostaje laurki.

– Kiedyś dziewczynka przyniosła mi laurkę, a pani pedagog do niej: „Małgosiu, jest piękna, ale pani psycholog nie zobaczy twojej laurki”. „To co”, Małgosia na to. „Ja pani wszystko opowiem!”.
Dzieci „pokazują” jej swoje zabawki. Mówią: „Proszę pani, ja mam króliczka, ja wiewióreczkę”. Pyta o kolory. Kiedy kończy się lekcja, podchodzą do biurka, żeby pomóc. A jak za długo stoi, mówią: „Może pani usiądzie, krzesło jest obok”. Gdy pokazuje zdjęcia buziek z różnymi emocjami, pyta, czy przypadkiem nie są do góry nogami. Odpowiadają: „Ta w prawej ręce – nie, ale ta w lewej – tak”.

– Bardzo ważne, żebym na początku znajomości powiedziała im, że nie widzę. Kiedyś weszłam do nowej klasy i zapomniałam o tym. To była trudna lekcja. Źle się czułam, a im dłużej trwały zajęcia, tym trudniej było wrócić do tej sprawy. Niezręcznie było mi przerwać lekcję i nagle zacząć mówić, że jestem niewidoma. Dzieciaki nie bardzo wiedziały, o co chodzi. Wreszcie przerwałam lekcję i powiedziałam prawdę. Ale nie było już tak, jak być powinno. Prawdopodobnie uczniowie nie wiedzieli, czy jeszcze z czymś nie wyskoczę, stracili orientację.

reklama

Dzieci przyjmują jej niepełnosprawność naturalnie. Choć czasem dziwią się, jak to możliwe, że nie widzi, skoro oczy ma otwarte. Mówi im wtedy: „Ale moje oczy są chore jak twoje gardło czasami”. Kiedyś trzecioklasiści ze szkoły podstawowej we Franciszkowie poprosili, żeby im pokazała laskę i zegarek, bo zobaczyli, jak sprawdzała godzinę. Przyniosła ich imiona napisane brajlem. Dzieci chodziły z laską, oglądały termometr, notatnik elektroniczny.
Bywa, że kiedy trwa lekcja, nagle ktoś się zgłasza: „Proszę pani, ja jestem Kasia, ja będę pani pomagać”. Miewa więc takich osobistych sekretarzy.

– To pewnie dlatego, że ja się mojego niewidzenia nie boję. Przyjmuję je jako fakt. Mam takie podejście, że skoro coś takiego mnie dotknęło, muszę to unieść.
Na lekcjach wprowadza humor, puszcza oko do uczniów. Choć jest dla nich partnerem, nie wdaje się w kumpelstwo. Bierze udział w ćwiczeniach. Jeśli trzeba usiąść na podłodze – siada, jeśli są zajęcia integracyjne i wszyscy mówią sobie komplementy – ona też mówi.
Czasami dzieci próbują ją sprawdzać: „Proszę pani, jaka to kredka?”. Odpowiada: „Kredka nie chce mi powiedzieć”.

Kolorowe imiona

Czas podstawówki zapamiętała jako pasmo cierpienia. Ani nauczyciele, ani rówieśnicy nie dorośli do jej kalectwa. Woleli matołów, którzy i tak zdawali z klasy do klasy, niż zdolnego „innego”. Kiedy miała 11 lat, była w szpitalu. Po powrocie okazało się, że nie należy już ani do kółka polonistycznego, ani do chóru. Była skazana na towarzystwo książek, choć i bez tego kochała je od dziecka. Musiała więc coś z tą miłością zrobić.
– Nie mogłam iść do szkoły krawieckiej albo ogrodniczej jak większość moich koleżanek ze wsi. Sąsiedzi pukali się w czoło: „Po co ci liceum?”. A ja wiedziałam, że muszę zdać maturę, bo bez niej nici z marzenia o byciu psychologiem.
W liceum w Żyrardowie była pierwszą niewidomą. Po doświadczeniach z podstawówki spodziewała się nie wiadomo czego. Z początku wytoczyła więc armaty. Przeciwko muchom.
– Otaczali mnie ludzie otwarci, mili. Mego niewidzenia uczyli się ze mną. Maturę zdałam, pisząc na maszynie biurowej. Interpunkcja, treść – zadbałam o wszystko. Dostałam piątkę. To był wyczyn. Potem zdawałam równolegle na polonistykę i psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. I tu, i tu się dostałam.

Mieszka we Franciszkowie na skraju Puszczy Bolimowskiej. Z rodzicami, którzy zrobią dla niej wszystko, z kotem Filipem, psami. W wiejskim domu z kaflową kuchnią, na której pojękuje czajnik. Ma czwórkę rodzeństwa. Wszyscy zdrowi i bez tak odlotowych pomysłów na życie. Wykonują konkretne zawody. Nie pisali wierszy – Anka pisze od dziecka. Nie widzieli słów w kolorach – Anka widzi je właśnie tak.
W kolorach nie widzieli też nazw stacji w drodze do Warszawy. Ani imion. Monika jest czerwone, Beata – niebieskie, Ania – białe, Iwona – zielone. Nie rymowali na poczekaniu, nie wystawiali dla mamy bajek, kiedy stała w kuchni nad garami. Nie pisali wierszowanego pamiętnika. Nie uczyli się języków. Anka uczy się kilku. Nie mieli na to czasu. Anka miała. Aż spotkała w sklepie żyrardowską poetkę, nieżyjącą już Elżbietę Burakowską, i zaczęła pisać na poważnie. Powstał tomik „Co słychać w lustrach”. Niezwykły, bolesny i prawdziwy.

Oświadczyny

Dla niej życie to praca w Wiskitkach i to, że sąsiadka Anetka maluje jej paznokcie we wzorki. To, że wychodzi z domu i gdzieś sobie jedzie. Normalna codzienność. I to, że dorośli kombinują, a dzieci przyjmują niewidzenie naturalnie. A marzenia? Duże i małe. Małe się spełniają. Chciała mieć porcelanową lalkę jak ze sklepu Wokulskiego. Koleżanki jej kupiły, mama uszyła śliczną sukienkę. Chciała mieć drewnianą altanę. Tata postawił.
– Gram na gitarze, uczę się francuskiego, jestem psychologiem. Czy to mało? Aha, chcę pójść na kurs tańca... zrobię to. No i kupiłam czarne bolerko.
Duże marzenia to praca w radiu. Audycje psychologiczne albo literackie.
– Mam radiową urodę – śmieje się.
Miłość? To nie temat dziennikarski i Anka nie da się namówić na zwierzenia.
Może takim zwierzeniem jest jej wiersz „Oświadczyny”?

Aniu, jestem chłop spod Łowicza.
Nie zrobię nigdy matury.
Nie pójdę na studia.
W teatrze byłem kiedyś, w podstawówce, na „Kocie w butach”.
Koncerty będziesz miała żabie i słowicze,
I panieńską sukienkę na wszelkie okazje.
Policzki pomalujesz różem ciężkiej pracy.
Ja nie dopatrzę każdego zachodu słońca.
Zasnę przy przedostatniej zwrotce twojego wiersza.
Na pierwszą rocznicę ślubu napijemy się herbaty
Z niebieskich kubków w złote gwiazdki.
Ja cię mogę tylko podtrzymać za rękę,
Żebyś mi nie upadła wieczorem ze zmęczenia.
Wziąć kiść bzu.
Pogłaskać cię nią po twarzy.
Ręce mam zbyt szorstkie.
Przenieść cię przez rzekę i przez próg naszego domu.
Przyjęty.



Beata Igielska

Źródło: Wróżka nr 4/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka