Strona 2 z 2
Czarny kot, biały kot
Czasem Beata chce zostawić Kazimierz na rzecz jaśniejszych miejsc, gdzie życie częściej toczy się za dnia niż w nocy. A jednak wciąż wraca, by znów przepowiadać przyszłość, co łaska, w mrocznych i mniej mrocznych, za to z roku na rok coraz bardziej zatłoczonych knajpkach Kazimierza, by wyzwalać ludzi z kłopotów, bezradności, fatalnych miłości i lęków, by przywracać im nadzieję, a czasem otrzeźwiać ich umysły.
Tak jak umysł niejakiego Karolka, rzeźbiarza, który dotarł do Beaty, bo chciał w końcu spotkać się, oko w oko z... diabłem. By go, rzecz oczywista, wyrzeźbić. Nie spotkał się jednak artysta Karol ze złym ze swej natury modelem, spotkał się za to z radą od dobrej wróżki.
– Zrelaksuj się Karolku, poszalej, a głupie myśli na pewno pójdą sobie w diabły – usłyszał, po czym grzecznie udał się w nocną, szaloną podróż po dzielnicy. Szybko zapomniał o złych mocach, choć na drodze stanął mu, nie po raz pierwszy zresztą, czarny, ponury kot. Po chwili, jak zwykle, jak co noc, zmienił się, całkiem niepostrzeżenie, w kota białego. Choć stanęli mu na drodze także nocni turyści, za którymi ci, którzy znają Kazimierz od podszewki, jakoś szczególnie nie przepadają...
W końcu rzeźbiarz dotarł do miejsc, do których, ku jego zmartwieniu, coraz częściej trafiają też przybysze z innym miast, tam, gdzie mimo to wciąż dzieją się rzeczy nadzwyczajne. Gdzie, w zakamarkach klubu „Alchemia”, jego współwłaściciel buduje kolejną już maszynę do wróżenia, bo takie właśnie maszyny są jego pasją, gdzie Michał Zabłocki wraz z Agnieszką Chrzanowską licytowali kiedyś wiersze. Ten z bywalców, kto dał więcej pieniędzy, opowiadał poecie swoją historię. Na przykład, że jest zagubionym we wszechświecie miłośnikiem kanarków. Kiedy noc dojrzewała, poeta zamieniał opowieści w wiersze.
reklama
– To jeden z cudów nocy Kazimierza, że, zwłaszcza po północy, na artystów spływa wena – zapewnia święty Mikołaj z dzielnicy, wspominając z rozrzewnieniem cenionego nawet w Trójmieście pisarza z Nowej Huty, który właśnie na Kazimierzu postanowił pobić samego siebie za pomocą kiełbasek z hipermarketu. Mniej więcej w tym samym czasie w pobliskim klubie „Mehanoff” zasiadł przy barze dwumetrowy osiłek w różowej peruce, kabaretkach i uginających się pod wielkimi stopami szpilkach. Bo w „Mehanoff” postanowiono, że tej nocy wszystko będzie na opak...
– Bo Kazimierz jest inny niż wszystko – dodaje aktor Wojciech Terechowicz, który przeniósł się tu z... Białegostoku. – Ale to nie tylko wielka pijalnia piwa i wódki, choć to właśnie w tutejszych knajpach niejedna rozpacz została zalana i niejedno szczęście opite. To miejsce. gdzie wszechobecna jest żywa kultura, czyli taka, która tworzy się i konsumuje na naszych oczach. Tylko na Kazimierzu można bowiem usłyszeć o planach artystów i za chwilę zobaczyć te plany wcielone w życie w postaci koncertu, spektaklu, nowego obrazu, książki, wiersza, zawsze jakiegoś wydarzenia.
Sztuka, szaleństwo i miłość A że przy okazji artysta zatańczy na barze albo rozpocznie wojnę na kanapki... Że przy okazji czasem w którejś z knajpek pęknie szyba, gdy twórcy zbyt mocno pokłócą się o istotę tworzenia...
– Albo o kochankę, bo to miejsce pełne jest nie tylko sztuki i szaleństwa, ale i miłości – zapewnia Wanda Frączek, która sama kolekcjonuje na Kazimierzu i sztukę, i szaleństwo, i kochanków. Może dlatego, że – czego pani Wanda doświadczyła wielokrotnie – to miejsce ciągle pełne jest cudów.
Tylko bowiem cud może sprawić, że pod osłoną nocy właścicielka końskiej jatki zamienia w tańczącą królową. Tylko cudom należy zawdzięczać, że złodziej z Kazimierza zmienia się, najczęściej po północy, w świętego Mikołaja, z kolei czarny kot w kota białego. A alkohol w najczystszą poezję.
Sonia Jelska
dla zalogowanych użytkowników serwisu.