Zawiódł ster czy człowiek?
Gdyby zadziwiające katastrofy dotyczyły tylko najpowszechniejszych w lotnictwie cywilnym airbusów i boeingów, winą można by obarczyć jakiś niesprecyzowany czynnik techniczny. Tymczasem 2 lutego 2000 roku fatum dotknęło także samolot pasażerski MD-83 linii Alaska Airlines, który odbywał rutynowy rejs z Puerto Vallarta w Meksyku do Seattle w stanie Waszyngton, przez San Francisco.
Do 15.30 lot przebiegał normalnie. O 15.40 pierwszy pilot zawiadomił wieżę lotniska w Los Angeles o "problemach". Rozregulował się system wyważania statecznika poziomego, co sprawiło, że maszyna przechyliła się "na nos" i nabrała skłonności do opadania. Samolot był całkiem nowy - z 1992 roku, wylatał 27 tys. godzin i właśnie przeszedł przegląd techniczny, a w przededniu lotu - eksploatacyjny. Za sterami siedzieli bardzo doświadczeni piloci.
Jednak o 15.45 maszyna zniknęła z radarów. Świadkowie - marynarze ze statków i rybacy z trawlerów, łowiących przy brzegu - opowiadali, że widzieli wypadający z chmur w stromym nurkowaniu, na oko nieuszkodzony, wielki samolot. Nie wyrównał do powierzchni morza i uderzył w nią pod dużym kątem, dosłownie się rozsypując. Zginęło 88 pasażerów i załoga. Nie przeżył nikt.
Winni, niewinni?
Wydawałoby się - nic nie łączy tych wszystkich katastrof. Po dokładniejszej analizie okazuje się jednak, że wszystkie zdradzają opóźnioną reakcję załogi i powolność działań, mających zapobiec tragedii. Zeznania ocalałych pasażerów australijskiego samolotu pozwalają sądzić, że po awarii silnika maszyna była hamowana, a prawy silnik - wyłączony. To musiało doprowadzić do katastrofy. W takim przypadku możliwe jest bowiem inne wyjście. Polega ono na maksymalnym odwrotnym ciągu działającego silnika.
Prawdopodobnie go to zniszczy, może nawet naruszyć konstrukcję skrzydła, ale maszyna, zamiast pędzić do przodu, nagle zahamowana, zmieni kierunek. Jeśli się uda - o 180 stopni. Wtedy zaś, jeżeli samolot będzie hamował na pasie startowym, istnieją szanse uratowania pasażerów, nawet w razie do zapłonu paliwa. Tak stało się np. w przypadku niemieckiego airbusa Lufthansy, który w 1995 roku uderzył w skarpę na warszawskim Okęciu (zginął tylko pilot). Australijscy piloci jednak tego nie zrobili.
dla zalogowanych użytkowników serwisu.