Opowieści prawdziwe

Miałam głupi wypadek na wycieczce, niestety, dość tragiczny w skutkach. Uszkodzona została błona bębenkowa ucha wewnętrznego. Lekarze wyznaczyli termin zszycia, bo tego typu pęknięcie nigdy się nie zrasta z powodu drgań, jakie owa błona rejestruje. Operacja taka wiąże się z odcięciem małżowiny, więc strasznie się jej bałam. Ale ucho bolało mnie jak diabli, więc miesiąc czekania na zabieg był wyjątkowo długi. Za radą mojej teściowej, która na wszystko ma sposoby, ogrzewałam ucho za pomocą woskowej świecy i okładów z naparu z siana górskiego. Na tydzień przed zabiegiem ból wyraźnie zelżał. Do szpitala szłam z duszą na ramieniu. Tuż przed operacją lekarze wziernikowali ucho. - To chyba nie to - powiedzieli mi. - Jakże nie, przecież mam tylko dwa i wiem, w które się uderzyłam!

- To ucho jest zupełnie zdrowe - orzekli. I na wszelki wypadek zbadali drugie. Też było całe i zdrowe! Badało mnie dwóch profesorów i cały tabun lekarzy. Podobno coś takiego jeszcze się nie zdarzyło w historii kliniki. Oczywiście diagnoza mogła być zła - ale też badana byłam wtedy ze trzy razy i bardzo dokładnie przez kilku lekarzy. Więc raczej wykluczam taki błąd (...). Do domu wracałam jak na skrzydłach. A teściowa tylko westchnęła: - Nie zrasta się błona? Ach, te doktory...!


Grażyna Curuś


Znaleziony skarbTrzy lata temu przeżyłam koszmar. Stwierdzono u mnie raka piersi. Musiałam przejść operację i chemioterapię, po której wyszły mi włosy. W tym czasie mój mąż znalazł sobie młodą dziewczynę i sprowadził ją do naszego domu. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze w dwóch pokojach. W jednym ja z czternastoletnim synem, w drugim mąż z narzeczoną. Kuchnia i łazienka wspólna. Nie wiedziałam czy prosić Boga o życie, czy o szybką śmierć.

Kiedyś nawet chciałam rzucić się pod samochód, ale wtedy prosto pod koła wybiegł czarny, chudy pies. Pisk, skowyt. Pokaleczonego zwierzaka nikt nie chciał dotknąć. Zawinęłam biednego psa w swój płaszcz i pobiegłam do lecznicy parę przecznic dalej. Tam go jakoś poskładano do kupy, założono gips, nafaszerowano pigułkami. Pod dobrą opieką miał szansę przeżyć. Wzięłam go więc do domu. Wydawało mi się, że opiekuję się tak sama sobą i sama wracam do życia. Eks-mąż stukał się w głowę. Ale ja pokochałam Kulasa jakąś rozpaczliwą miłością, a on lizał mi ręce, jakby beze mnie nie mógł żyć.

reklama

Wychodziłam z nim na spacery i tak poznałam starszą panią, której znajoma mieszkała samotnie w dużym domu i potrzebowała opieki. Przeniosłam się z synem do pani Reginy. Prowadziłam jej dom, Marek cieszył się ogrodem, a Kulas był ulubieńcem nas wszystkich. Pewnego dnia, gdy pracowałam w ogródku, Kulas jak szalony zaczął kopać dołki pod drzewem. Myślałam, że to nornice i odganiałam go. Ale on - zawsze posłuszny - nie reagował na moje polecenia. Podeszłam więc bliżej, by go przegonić oraz zasypać dziury. I wtedy dostrzegłam w jamie słoik! Wyciągnęłam go. Był pełen złotych monet i biżuterii.

Skarb zanieśliśmy pani Reginie, choć przez parę minut wahałam się, czy dzielić się z nią moim, a właściwie Kulasa, odkryciem. Ale lepsza część mego "ja" zwyciężyła. I spotkała mnie nagroda. Pani Regina podzieliła słoikowe złoto i dała mi połowę. - Weź - powiedziała - będziesz potrzebowała dla siebie i syna. Ja jestem już stara, mnie połowa wystarczy - mrugnęła okiem. Jestem więc teraz gosposią, przyjaciółką i niemal córką pani Reginy. Pracuję także na pół etatu w szkole i moje życie wraca do normy. Wierzę, że to wszystko dzięki mojemu ukochanemu Kulasowi, który przyniósł ze sobą całe dobro, którym się teraz cieszę. Do szczęścia brakuje mi kochającego mężczyzny, ale nie wiem, czy mój pies i to potrafi wyczarować.


Janeczka Lempa

 

Źródło: Wróżka nr 4/2000
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Promocja wróżka