Strona 2 z 2
Potomkowie diabła?
Legenda mówi, że pochodzą od krzyżowców, którzy po przegranej z Arabami wojnie uciekli w głąb pustyni. Mało kto wierzy w tę teorię, choć mogłoby ją potwierdzać to, że… znają znak krzyża. Krzyże wiszą na ich szyjach, zdobią sygnety i rękojeści mieczy, których niegdyś bała się cała Sahara. Tuareg nie pokazuje twarzy. Jego oblicze zasłania litham, biała, niebieska lub czarna chusta. To także niespotykane. W świecie islamu istnieje bowiem żelazna zasada: kobieta zakrywa twarz, mężczyzna idzie przez życie z odsłoniętym obliczem. U Tuaregów odwrotnie. Tuareg bez wstydu rozbierze się do naga, ale za żadne skarby nie pokaże twarzy.
Jest kilka legend, które to tłumaczą. Jedna z nich – niezbyt pochlebna dla tego ludu – mówi, że pierwszym Tuaregiem był diabeł, który pojął za żonę kobietę. Ich dzieci były tak brzydkie, że musiały zasłaniać twarze. Według innej, mniej już bajkowej teorii, litham jest maską, która chroni bandytę przed rozpoznaniem. Rozboje były wszak przez stulecia ich głównym zajęciem. Litham chroni też przed złymi duchami, słońcem i wiatrem.
Jeszcze inna legenda opowiada o tym, jak to przed wiekami, w czasach podboju arabskiego, Tuaregowie wyruszyli na wojnę. Po tygodniu wrócili do obozu bez swych rączych wielbłądów, pokonani i upokorzeni. Kobiety, które wyszły im naprzeciw, z rozgoryczeniem zrywały woale, przysłaniające ich twarze, i rzucały je mężczyznom, by zakryli swe zhańbione oblicza.
Zamieszkują tereny Mali, Nigru, Czadu, Burkona Faso i Nigerii, ale spotkać ich można także w Libii, Algierii, a nawet na południu Tunezji. Najprawdopodobniej przywędrowali w głąb Sahary z krajów Maghrebu około VII wieku naszej ery. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że Tuaregowie pochodzą z Azji Mniejszej, z doliny Nilu lub z Gór Atlas. Posiadają własny język, zwany tamashek, i jako jedyni w tej części Afryki używają alfabetu innego niż arabski – tifinar. Zazwyczaj mówi się, że Tuaregowie to ludzie wolni, którzy nie mają swego państwa i dla których nie istnieją granice.
Tuaregowie na pustynnej olimpiadzie pojawiają się co roku, by wziąć udział w głównej konkurencji: wyścigu wielbłądów. Są w tym mistrzami.
reklama
Bezwzględni i dumni – Ale my mamy swą ojczyznę – z dumą rzekł do mnie Dawid – bez której nie potrafimy żyć. To Sahara. Pięć, a może osiem milionów kilometrów kwadratowych spalonej słońcem ziemi i bezkresnego morza piasku. Pięć, a może osiem, bo Sahary jest co roku więcej, choć, paradoksalnie, coraz mniej na niej miejsca do życia. Jeszcze do niedawna największe zgrupowania Tuaregów koczowały w miejscach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników; w okolicach Adrar, Hoggar, Air i w legendarnym Timbuktu.
Z łatwością podbili środkową Saharę, bo nikt nie dorównywał im w sprycie i waleczności. Jako pierwsi posiadali szybkie, służące do jazdy lekkiej wielbłądy, zwane meheri. Napadali na karawany i berberyjskie obozowiska. Ich strategia walki, polegająca na nagłym, zaskakującym ataku i bezlitosnym zmiażdżeniu przeciwnika, sprawiała, że bano się ich jak pustynnej burzy. W swych grabieżach byli jednak honorowi i zazwyczaj przestrzegali niepisanych zasad.
Jedna z nich mówiła, by nie niszczyć namiotów, bo w nich nocowały kobiety. Inna nakazywała zwrócić ograbionym część łupów, o ile o to poproszą – tak by mogli przeżyć w surowych saharyjskich warunkach. Są muzułmanami, ale nigdy nie udało się rozpowszechnić wśród Tuaregów ortodoksyjnej odmiany islamu.
– Mulethemin (ludzie zawoalowani) są zbyt dumni, by narzucić im prawa, których nie chcą przyjąć – wytłumaczył mi Ali.
Nigdy nie praktykowali wielożeństwa, a ich społeczeństwo jest matriarchalne – kolejna osobliwość w skali całego kontynentu. Część tuareskich plemion trudniła się handlem. Jeśli sami nie przewozili złota, kości słoniowej czy soli, to najmowali się jako „ochrona”. Biada jednak karawanom, które odmówiły skorzystania z ich eskorty. Ślad po nich ginął. Tuaregowie handlowali też niewolnikami, których chwytali na południu Sahary i sprzedawali Arabom. Wtedy powstał kastowy system ich społeczeństwa. Porwani Berberzy i Bantu stali się wasalami i niewolnikami Tuaregów.
Między wasalami a niewolnikami jest istotna różnica. Na miano tych pierwszych zasłużyli Berberzy, bo mentalnie bliżsi są Tuaregom: prowadzą tak jak i oni koczowniczy tryb życia. Natomiast Bantu, przywiązani do swych pól i oaz, zawsze z wzajemnością nienawidzili napadających na nich Tuaregów. Raz pojmani, stawali się niewolnikami. Bantu i Tuaregowie to dwa światy i dwie filozofie życia.
Bantu jest lokalnym patriotą, związanym z miejscem, w którym się urodził i w którym spoczywają ciała jego przodków.
– Tuareg zaś jest synem wiatru i burzy – mówi mi z dumą Dawid. – Miejsce, w którym żyjemy, nie ma dla nas znaczenia, byle tylko znajdowało się w obrębie Sahary. Zakopujemy swych zmarłych, gdzie popadnie i nie interesuje nas, co stanie się z ciałem. Dla zmarłych nie ma miejsca w życiu i w pamięci Tuaregów. Ta nienawiść Bantu do Tuaregów stanie się wkrótce przyczyną końca i upadku śniadych kozaków Sahary.
Ostatni rozdział Koniec ery Tuaregów zbiega się z początkiem francuskiego kolonializmu w Afryce. Po latach walk Francuzom udaje się zapanować nad Tuaregami. Pustynni rycerze są bezbronni w starciu z nowoczesną, dobrze uzbrojoną armią. Francuzi zabraniają Tuaregom rozboju i nielegalnego handlu. Nakazują uwolnić czarnych niewolników. Ale nie udaje im się ujarzmić ludzi, którzy nie chcą się uczyć francuskiego i lekceważą sobie wyznaczone przez kolonialistów granice.
Synowie wiatru wycofują się w głąb Sahary, uciekają przed napierającą cywilizacją. Wciąż jeszcze są panami pustymi, choć już nie mogą nią rządzić tak, jak niegdyś. Powinni zacząć pracować, ale Tuaregowie pracować nie chcą i nie potrafią.
– Praca dla człowieka wolnego jest przecież hańbą – wtrąca się do rozmowy małomówny dotąd Tuareg Abdelmajid.
Nastaje jednak czas straszliwych susz i niewyobrażalnego wprost głodu. Tuaregowie zmuszeni są powrócić do saharyjskich miast i wiosek. Bez niewolników, często już bez wielbłądów, ale wciąż jeszcze z podniesioną głową i zasłoniętym obliczem. W latach 60. ubiegłego wieku zaczyna się proces dekolonizacji. Afrykańskie państwa odzyskują niepodległość i oto na prezydenckich i ministerialnych fotelach zasiadają… czarni Bantu, dawni niewolnicy Tuaregów. Rozpoczyna się czas zemsty i zapłaty. Międzynarodowa pomoc humanitarna nie dociera do głodujących plemion Tuaregów. Rządy Mali, Nigru i Algierii z premedytacją wstrzymują konwoje.
Ogromna rzesza Tuaregów zostaje zamknięta w „obozie przejściowym” Czin-Tabaraden w Nigrze. W 1990 roku dochodzi tam do buntu, który kończy się rzezią. Policja strzela do nieuzbrojonych. Dogorywających wywozi w głąb pustyni. Pozostałe plemiona Tuaregów z Mali i Nigru sięgają po broń i tworzą wyzwoleńcze bandy. Choć przecież nie ma już czego wyzwalać. Świat na moment przypomina sobie o Tuaregach, kiedy Bernardo Bertolucci ekranizuje powieść Paula Bowlesa „Pod osłoną nieba”, w której Debra Winger zostaje nałożnicą jednego z Tuaregów i przyłącza się do karawany.
Dużo dla Tuaregów robią też kierowcy rajdu Paryż-Dakar, Didier Auriol, Jacky Ickx oraz książę Monako Albert. Ich pomoc jest jednak kroplą wody w morzu potrzeb. W latach 90. powstaje tuareskie stowarzyszenie „Temoust”, które co roku 7 maja, w rocznicę rzezi w obozie Czin-Tabaraden, wydaje apel mający przypominać o tragedii pustynnego ludu. Jak większość apeli, tak i ten pozostaje smutnym krzykiem bez echa.
Kiedy Dawid skończył opowiadać, ognisko dogasało, a na niebie zaczęła pojawiać się łuna wschodzącego słońca. Zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy razem do Douz. Przy głównym wejściu na otoczony płotem pustynny „stadion” zatrzymała nas Gwardia Narodowa Tunezji. Tuaregów nie wpuszczono. Ja wszedłem, pokazując dziennikarską akredytację, Alego przepchnąłem jako mojego tłumacza.
– Nie martw się – powiedział na pożegnanie Dawid. – I tak zobaczysz nas w głównej konkurencji, wyścigu wielbłądów.
Zobaczyłem. Pojawili się jak samum, pustynna burza, która dopada karawanę, czyniąc spustoszenie, po czym znika w morzu saharyjskich diun i bezdroży. Nigdy nie dowiemy się, jaki jest ich rodowód, bo oni sami tego nie wiedzą. Za kilka lat wyginą, a wraz z nimi pozbędziemy się ostatnich na ziemi ludzi wolnych. Znikną jak kropla wody w morzu gorącego piasku.Mówi się, że nie mają swego państwa. Oni twierdzą, że mają ojczyznę, bez której nie potrafią żyć. To Sahara.
Piotr Jaskólski
dla zalogowanych użytkowników serwisu.