Strona 2 z 2
Klarnet cenniejszy niż Oscar
„Tym, czym dla katolika jest spowiedź, dla niego były wizyty u psychoanalityków” – pisze w książce „Woody Allen. A Biography” John Baxter. I wyjaśnia, że dzięki terapii reżyser stawał się spokojniejszy, a co najważniejsze, w odróżnieniu od innych gwiazd nigdy nie popadł w alkoholizm czy narkomanię, o co przy jego kruchej psychice było bardzo łatwo. Mimo że Allen tak gorliwie odcina się od religijności, zdaniem Baxtera pod wieloma względami przypomina pryncypialnych żydów lub protestantów, który odnajdują sens życia w pracy i regularnym praktykowaniu uświęconych rytuałów.
Nie chodzi do synagogi ani do kościoła, nie celebruje szabasu ani niedzieli, ale przestrzega własnych obrzędów. Do najważniejszych należą koncerty w nowojorskim klubie jazzowym, podczas których gra na klarnecie. Muzykuje w każdy poniedziałkowy wieczór i gdy właśnie w poniedziałek zaproszono go na uroczystość wręczenia najbardziej pożądanej przez filmowców nagrody – Oscara, odmówił przyjazdu.
Jego decyzję tłumaczono potem wrogością wobec hollywoodzkiego blichtru i strachem przed publicznymi występami. Jednak po zamachach terrorystycznych na wieże WTC w Nowym Jorku Woody Allen pojechał do Hollywood, by powiedzieć ze sceny, że jego ukochane miasto się nie poddało. Kiedy chce, potrafi więc być poważny i odważny. Ci, którzy znają go osobiście, potwierdzają, że pod maską beztroskiego wesołka kryje się melancholijny filozof.
– Tego małego faceta w okularach życie jednocześnie śmieszy i bardzo boli – w lapidarny sposób wyraził to Robert Redford.
Tajemnica sukcesów Allena tkwi właśnie w tym, że potrafi koić ból istnienia śmiechem. Do perfekcji opanował sztukę stawiania filozoficznych pytań o sens życia, istnienie Boga, potrzebę miłości, nieuchronność śmierci, a gdy już wprawi widzów w zadumę – obracania wszystkiego w żart.
reklama
Heretyk z wyczuciem – Nie dość, że nie ma Boga, to jeszcze jutro mam wizytę u dentysty – mówią z wisielczym humorem bohaterowie jego filmów.
– Gdyby tylko Bóg dał mi jakiś znak – zaczynają inni, w poważnym stylu, ale kończą po allenowsku: – Na przykład zdeponował na moje nazwisko solidną sumę w banku szwajcarskim.
Co ciekawe, mimo tych „herezji” nikt nie pozywa go do sądu o obrazę uczuć religijnych. Bo jak przystało na sztukmistrza, Woody Allen umiejętnie balansuje na cienkiej linie między dopuszczalną prowokacją a szyderstwem. Nie jest wojującym ateistą, gdyż z równym zacięciem kpi i z wiary, i niewiary.
Jeden z jego bohaterów udał się do wyroczni z pytaniem, czy Bóg istnieje, i ku swemu zdumieniu usłyszał, że tak. Dopiero wtedy się przeraził: „To najgorsza możliwa wiadomość, bo teraz będę odpowiadał za wszystko, co zrobiłem”. Gdyby jednak ktoś pomyślał, że to wyznanie nawróconego ateisty, popełniłby błąd. W innej scenie Allen potrafi z równie cynicznym wdziękiem zapytać: „Naprawdę uważasz, że zostałem stworzony na podobieństwo Boga? Przyjrzyj mi się, czy myślisz, że On też nosi okulary?”.
Magiczne olśnienia Taka żonglerka słowami rodzi podejrzenia, że ich autor nie ma żadnych poglądów. On sam długo sprawiał wrażenie, że się z tym zgadza. Chętnie rozmawiał o swoich filmach i książkach, ale pytany o życiową filozofię, obracał dyskusję w żart i wywijał się chętnie potem cytowanymi powiedzonkami typu: „Wszyscy uważają mnie za intelektualistę, bo noszę okulary, ale ja nigdy nim nie byłem”. W końcu jednak redakcji francuskiego pisma „Lire” udało się złamać jego opór.
– Nie rodzimy się żydami, katolikami czy muzułmanami, lecz przyłączamy się do nich. Ja się nie przyłączyłem, więc nie czuję respektu przed żadną religią. Patrzę na wszystkie wyznania jak na kluby zrzeszające miłośników pielgrzymek i obrzędów. Ci, którzy do nich wstępują, znajdują dzięki temu łatwe usprawiedliwienie dla swojej niechęci do innych. Wystarczy, że powiedzą: jestem z tymi, tamtych nienawidzę i świat staje się prosty. Ale z prawdziwą religią, w jej głębszym, osobistym sensie, nie ma to nic wspólnego. Z całą pewnością nie jest to wypowiedź człowieka bez poglądów.
W przeciwieństwie do uduchowionych moralistów, którzy są pewni swych odpowiedzi na pytania o sprawy ostateczne, Woody Allen powtarza za Sokratesem: „Wiem, że nic nie wiem”.
– Tak naprawdę nie wiadomo nawet, czego każdy z nas chce – wyjaśnia na łamach „Lire”. – Oszukujemy samych siebie, mówiąc, że do szczęścia potrzeba nam lepszej pracy, wyjazdu na urlop, poznania kogoś, przeprowadzki do większego domu. Kiedy spoglądamy głębiej, okazuje się, że podświadomie pragniemy czegoś zupełnie innego.
Nie ukrywa, że mówi to na podstawie własnych doświadczeń z psychoanalizą. Jednak i w nią niezbyt wierzy, co wielokrotnie udowodnił, parodiując w swych filmach seanse terapeutyczne.
– Owszem, przy odrobinie szczęścia i dużej cierpliwości można się dowiedzieć czegoś więcej o sobie, jednak bardziej spektakularne wydają mi się momenty magicznego olśnienia.
Czyżby nieugięty ateista wierzył w doznania mistyczne? Niezupełnie. Dla Allena magiczne olśnienie to przede wszystkim stan zakochania. Psychoanaliza osłabia dręczące go lęki, praca je zagłusza, ale ukojenie daje tylko miłość.
Szukał jej przez całe życie, z różnymi efektami. Dwa pierwsze małżeństwa, z drugorzędnymi aktorkami, zakończyły się po hollywoodzku – rozwodami. Wieloletni, chociaż niesformalizowany związek z Mią Farrow omal go nie zniszczył. Egocentryczna, nie mniej znerwicowana od niego partnerka wpadła w furię, gdy odkryła, że romansuje z jej adoptowaną córką Soon Yi. Nie było mowy o kazirodztwie, gdyż z urodzoną w Korei dziewczyną nie łączyło go żadne pokrewieństwo, ani o złamaniu prawa, gdyż Soon Yi miała 22 lata, ale mimo to sytuacja miała posmak skandalu.
Zdradzona i upokorzona Farrow zemściła się okrutnie i oskarżyła Allena o molestowanie seksualne innej z jej adoptowanych córek, 6-letniej Dylan. Wobec pedofilów amerykańskie prawo jest bezlitosne, gdyby więc zarzuty się potwierdziły, reżyser byłby skończony. Sąd nie znalazł żadnych dowodów winy, jednak afera mocno nadszarpnęła reputację artysty i powszechnie przepowiadano kres jego kariery. Nikt też nie wierzył w przyszłość związku z młodszą o 35 lat Soon Yi. Tymczasem przetrwali razem najtrudniejsze chwile i w 1997 roku wzięli ślub.
– Nigdy jeszcze nie byłem tak szczęśliwy jak teraz – mówił dziesięć lat później. – Wreszcie spełniły się moje marzenia, mam żonę, która jest moją muzą, nie rozstajemy się ani na moment. Wpływ muzy na jego obolałą psychikę okazał się tak niezwykły, że Woody Allen nie tylko wciąż zaskakuje nowymi pomysłami i w wieku 73 lat zadebiutował jako reżyser… opery, ale nawet przestał korzystać z pomocy psychoanalityków. I jak tu nie wierzyć w magię miłości?
Kazimierz Pytko
dla zalogowanych użytkowników serwisu.